…Komuniści, jeszcze z doświadczenia wojny domowej wiedzą, że niczym tak się nie przyciąga i nie wiąże ze sobą nacjonalizmu, jak popieraniem jego nienawiści do innego narodu. Józef Mackiewicz. Zwycięstwo prowokacji, 1962

Ksawery Pruszyński. Książka o człowieku głębinowym Drukuj
Autor: Ksawery Pruszyński   
Poniedziałek, 20 grudnia 2010

Polska jest krajem, który lemiesz reportażu przeorywał jedynie rzadko, niedbale i nader płytko; jej północno-wschodnie ziemie, Wileńszczyzna, Nowogródczyzna, Grodno, to kraj, w który po prawdzie nie worał się nigdy. Toteż dziennikarz warszawski zapuszczający się w te strony rozpowiada potem o swej „wyprawie" niczym o ekspedycjach polarnych, a opisuje Nieśwież radziwiłłowski, cukiernię Sztrala, Tuchanowicze Maryli. I piękno jeziora Narocz. Kraj przez pryzmat tych spojrzeń wygląda niczym z filmówek PAT-a. Od czasu do czasu jakiś as reportażu przeprowadzi cykle wywiadów z miejscowym naczalstwem i miejscowym społeczeństwem, z jakimś pokazowym osadnikiem i oryginałem ziemiańskim. Dlatego wiemy jednak, że w tym kraju jest trochę jezior, starostów i szefów wydziału bezpieczeństwa; że jest Zułów i są rojsty; że buduje się jachtkluby, a niekiedy i szkoły; że trafiają się i chłopi mówiący rozczulająco śpiewnym językiem, grzeczniejsi niż ci z Małopolski Środkowej, nie mówiąc już o Wschodniej. Od czasu do czasu jakiś pastuszek rozszarpany przez wilki zasila pożytecznie prasę stołeczną; widocznie obok sprężystych urzędników żyją tam i łagodne pastuszki, a zjadanie ich przez wilki nadaje pewnej malowniczości miłemu krajowi na północy, który acz biedny, jest potulny, durny i cichy i ma na tyle taktu, że nie przysparza naszemu mocarstwowemu państwu antypaństwowych kłopotów.
Niestety, książka Józefa Mackiewicza Bunt rojstów wzburzy nam ten piękny, pogodnie skomponowany obraz.

Kraj, zapomniany od Boga, ludzi i reporterów, został przeorany lemieszem, który sięgnął tu tak głęboko, jak społecznie nie sięgnął jeszcze nigdzie w Polsce żaden polski reportaż. Pod lemieszem, rozrywającym ugór, ginie przywalony tłustą czernią ziemi chwast, nawóz, ruń trawy, która wyrosła przez jesień na dawnym polu, uczyniła je zielonym, kwiecistym, złotym. Nie zgadywaliśmy nawet, jak bardzo to zielone i kwietne było płytkie, jak trzymało się na powierzchni, jak żyło tylko z soków głębokich warstw, które ukrywało pod sobą okrutnie i chytrze. Wystarczyło jedno przejechanie się pługa, aby pole zmieniło barwy i to, co na nim i z niego żyło, i zmieniło się z kolei w pożywkę, którą soki gruntu strawią i zniszczą, gdy ją przywali najmniejsza skiba. Mackiewicz rozorał ten grunt. Pokazał nam przejmujące, o ileż głębsze od skali przeżyć inteligenta, życie religijne sekciarstwa, które ogarnia te wsie drewniane pożogą płynącą ongi gorączką krucjat i żarem stosów, a dziś tlącą tu gorącym, w ziemię zapadłym, płomieniem. Pokazuje nam wielką masę chłopską, tkwiącą w głębi tego, co tu widzimy na powierzchni, masę, którą nam ukazywano dotąd niby część krajobrazu, gatunek roślinnego człowieka, przedmiot, materiał, a która naraz wysuwa się jako żyjąca treść tego kraju, istotniejsza w swym bezwładzie niż molekuły biurokratyzmu. Nawet pejzażowy rybak znad Naroczy nie jest sielankowy ani PAT-iczny; toczy on głuchą i zaciętą walkę o swoje prawa do jeziora, potrząsa przywilejami królów polskich z XVI w., które uznawały prawa chłopskie rybaczej ludności, prawa zaprzeczane okólnikami rządowymi współczesnej Rzeczypospolitej. Ten bunt ludności naroczańskiej, bunt, który trwa dzisiaj jeszcze, staje się naraz czymś niewileńskim: przypomina pierwsze „boje o prawo" toczone w Europie przez „gezów" niderlandzkich z namiestnikami Filipa II. Ten chłop wileński zaczyna naraz gadać językiem, który przestał być śpiewny i miękki, a nabrał twardych akcentów prawa i poczucia prawa. Tak musieli przemawiać do wysłanników Escorialu Egmont i Horn. Tak musieli ginąć za swoje prawo, za prawo swoich wnuków, dzisiejszych mieszkańców szczęśliwej Holandii księżnej Juliany, bohaterowie dramatu Schillera.
Ten świat widywaliśmy dotąd, jak „widuje się" z łodzi spacerowej świat ryb, wodorostów, głębin. Był on niewyraźny i tajemniczy, poetycki i nie¬realny. Teraz wydobyto go na wierzch głębokim zamachem czerpaka. Lub raczej my w skafandrze opuściliśmy się na dno. Poznajemy świat tego dnia. Przestał być tajemniczy i przestał być poetycki. Ma on inne troski, niż myśleliśmy, inne pragnienia, niż to nam mawiał szablon „mark¬sistowskiego pojmowania dziejów", inne niż sielankowo-propagandowe aspekty. Rysują się one przez karty tego reportażu, który czasem staje się wstrząsający, z wyrazistością aż przeraźliwą. Życie głębinowe nie jest ani poetyckie, ani sielskie. A człowiek, który w tych głębinach życie swe pędzi, to człowiek taki sam jak my. Tylko że jest to człowiek jak pewne ryby - głębinowy. Naciek z zewnątrz, jaki czasem odczuwamy, tam, na najniższym stopniu drabiny społecznej, niżej od najniższego „inteligenta", potężnieje w stokrotny sposób. Ten człowiek jak ryby głębinowe zatracił kościec. Stał się galaretowatą bezwolną masą, z której wypompowano opór, z której drętwoty okazują zadowolenie, którego bierność bywa poczytywana za zasługę, jak aktywność ludzi spod Limanowej za wadę. Nic dziwnego wreszcie, że kraj jest bierny, nie czyta, nie konsumuje, nie buduje, nie produkuje, skoro olbrzymia większość jego ludności doprowadzona została do głębinowych form bytu.
Z powierzchni widać skąpo to, co się dzieje na dnie. Ale i sprawy powierzchni widziane od dołu, z dna, wyglądają mniej imponująco. Nieliczny świat nadwodny biednej Wileńszczyzny, świat dodatków filmowych PAT-a, przecinaczy wstęg i kulturtregerów  na posadzie, widziany z tej głębi, do której dotarł Józef Mackiewicz, przedstawia się dziwnie mizernie. Ze światem głębinowym nie ma żadnych stycznych: korzysta z niego, żyje jego biernością, istnieje jego drętwotą, zginie kiedyś przez nie. Wysiłki jego nie są nawet szkodliwe czy szatańskie. Są raczej niemądre i żadne. Nie ma tu wielkich wapmirów; są raczej małe pluskwy. A i gniew nie jest uczuciem właściwym istotom głębinowym: raczej ogarnia je dostojna rybia obojętność, głucha obcość dla świata z góry, świata władzy, świata hierarchii. Krawężniki, jakie w nędzniarskim Wołożynie machnięto sumptem, który by starczył na zbudowanie czterech dużych szkół powszechnych, oryginalne pojęcia prawa dyrekcji lasów państwowych, starosta odsiadujący kryminał, wieś polska, do której nie dotarł ani sekwestrator, ani wielka wojna, gorliwcy tropiący zaciekle mowę Puszkina i Gogola, osobniki ze Szczedrina - oto, co widzi dno kresowe u kresowej góry. Krawężniki... Mój Boże, pamiętam takie krawężniki w niejakim Kisielinie... Mój Boże, ile w Polsce jest takich krawężników, kto policzy w Polsce masy głębinowych ludzi?
Bunt rojstów- nazwano tę książkę. „Rojsty grząskie" - pisał Wincenty Pol. Rojst - błotnicze zarośle, trzęsawisko, zwane także mszar. „Wileńszczyzna, kraj rojstów." Ten propagandowo-turystyczny slogan zawiera i społeczną prawdę kraju. Rosły tam kiedyś dęby, były święte gaje i puszcze Mendoga, ale je przetrzebiono, zniszczono. Legenda przekazała nam żubra. Grottger przekazał chłopa, który rojstem nie był. Znaku czekał, dwururkę wziął, przysięgę Rządowi Narodowemu złożył i w borze padł. Ale dziś jak okiem sięgnąć szczuplutkie są lasy wileńskie. Ziemię nieżyzną porasta nie dąb wolny a mocny, ale rojst grząski i niski. Człowieczy i roślinny rojst. Ugina się za przechodem, ale nie łamie, odrasta, ale nie wyrośnie, paliwa zeń nie będzie, domu zeń nie zbudujesz. Tragiczna, lecz państwowotwórcza, bo walcząca z zakłamaniem, łatwizną, kwietyzmem, jest książka Józefa Mackiewicza. Tyle książek czczych i głupich wydaje się dziś w Polsce, a tak kapitalne studium nie znalazło wydawcy! Będzie zwalczana, będzie przemilczana, zmobilizuje się przeciw niej ludzi o znanych nazwiskach, spędzi pisarzy i pogna małych podjezdniczych szczwaczy, a gdy braknie argumentu, uruchomi się szmonces. Jak jeszcze przeciwko żadnej książce w niepodległej Polsce. Bo żadna nie miała bezczelności powiedzieć aż tak dużo prawdy. Tego nie zwykliśmy wybaczać.
Pierwodruk: „Wiadomości Literackie" (Warszawa) 1938, nr 9.
Opublikowano na podstawie: Józef Mackiewicz i krytycy. Antologia tekstów pod redakcją Marka Zybury. LTW, Łomianki 2009.