…Komuniści, jeszcze z doświadczenia wojny domowej wiedzą, że niczym tak się nie przyciąga i nie wiąże ze sobą nacjonalizmu, jak popieraniem jego nienawiści do innego narodu. Józef Mackiewicz. Zwycięstwo prowokacji, 1962

WILNIANIE WSPÓŁCZEŚNI 

Życiowy filozof

Często czujemy się załamani psychicznie, nie widzimy wyjścia z trudnej sytuacji, czujemy się osamotnieni. W takich chwilach człowiek bardzo potrzebuje uśmiechu, w którym rozpływają się i znikają codzienne kłopoty. Wiele jest sposobów na śmiech-oglądanie komedii, czytanie humoresek. My, w Wilnie, mamy jeszcze jeden świetny sposób-słuchanie gwarowych pogaduszek słynnego Wincuka Bałbatunszczyka z Pustaszyszek. Za tym znanym i lubianym pseudonimem kryje się inteligentny i zawsze wesoły Dominik Kuziniewicz, z którym dzisiaj prowadzimy rozmowę.

- Jest pan znanym na Wileńszczyźnie i w Polsce artystą. Jak się stało, że pan nim został i dlaczego pan wybrał tak postać - wiejskiego gaduły?

- W ogóle o żadnym wyborze to nie było nawet mowy, to się wszystko zaczęło jeszcze w klasie pierwszej. Zawdzięczając mojej wychowawczyni, która wpoiła mi miłość do teatru. Wystawialiśmy różne scenki "Jaś i Małgosia", "Czerwony kapturek" i inne. Właściwie wszystko się od tego zaczęło, bo już w klasie czwartej, gdy miałem gdzieś 11 lat, jak nie było któregoś z nauczycieli, to zawsze wołali mnie, abym zabawił młodszych. Później, po paru latach, zawdzięczając naszej nauczycielce Łucji Noniewicz -uczyła matematyki oraz grała w Teatrze przy Klubie Kolejarzy - trafiłem do tego zespołu teatralnego. Zostałem tam i 17 lat życia tam przeszło. Po dziś dzień odczuwam, że ten teatr bardzo dużo mi pomógł, tam nauczyłem się obcować z publicznością i teraz występując przed kilkutysięcznym audytorium bardzo się to przydaje. Potem przeszłem do radia, gdzie od roku 1983 czytałem gawędy Wincuka. Pierwszy rok były czytane teksty ś.p. Stanisława Bielikowicza ,a gdy one się skończyły, to byłem zmuszony pisać swoje. Na dzień dzisiejszy można byłoby już do księgi Guinnesa wpisać-bo nie było jeszcze żadnego gawędziarza, ani w Polsce, ani w Ameryce, ani w przedwojennym Wilnie o takiej rozciągłości czasowej, bo aż 22 lata, w dodatku 4 rok w radiu "Znad Wilii" codziennie, plus soboty i niedziele-długie gawędy. Jeszcze dodać tysiące koncertów, występy dla turystów polskich, wyjazdy na rejon (co prawda teraz już mniej). Tak więc cały czas jestem zajęty. Dotychczas wydałem 2 książki i trzecia się szykuje. W następnym roku będę miał 50 lat jako prywatna osoba i z tej okazji planuję wydanie nowej książki.

W ogóle muszę powiedzieć, że zawsze miałem szczęście do dobrych ludzi. Czesław Biedulski pomógł mi w wydaniu pierwszej książki "Kochanieńkie popatrzajcie sami". Wydana została w Warszawie w 1989 roku pierwsza moja kaseta. To był pierwszy krok milowy do przodu, ponieważ po II wojnie światowej nie wydano żadnej książki po polsku zawierającej miejscową gwarę. Później to się bardziej rozpowszechniło. Drugi etap rozpoczął się gdy Ryszard Soroko- organizator festiwali kresowych w Mrągowie zapoznał mnie z dyrektorem TVP 2 - tak rozpoczął się mój udział w nich. Po jakimś czasie dołączyła się do mnie Agata Młynarska i oto już 10 festiwali prowadzimy razem-w tym roku był dziesiąty. Od 5 lat jest z nami również Anna Adamowicz, czyli ciotka Franukowa.

Często też w sezonie organizujemy spotkania z turystami z Polski, aby porozmawiać o literaturze, o życiu z udziałem różnych osób twórczych i kilkuosobowych zespołów, takich jak "Relaks" i inne.

- Jaki był pański debiut w teatrze, czy pamięta pan?

- Pierwsza rola w teatrze była w sztuce "Sługa dwóch panów"- Trufaldina tam grałem oraz doktora, ale w ogóle pierwsze wyjście na scenę było w szkole, jak już mówiłem. To był wielki koncert dla rodziców w Teatrze na Pohulance (obecnie Rosyjski Teatr Dramatyczny), wówczas znajdował się litewski Teatr Opery i Baletu. Ja byłem autorem w "Czerwonym Kapturku", mówiłem wszystkie teksty. Pamiętam, że miałem dużą tremę, ponieważ przez cały czas musiałem stać do widzów przodem i bałem się pokręcić. To była pierwsza w moim życiu "wielka scena" -potem miałem bardzo wiele scen. Np. w Chicago występowaliśmy w Sali Kopernika mieszczącej 3,5 tys. ludzi, a w Kołobrzegu występowaliśmy w amfiteatrze na 17 tysięcy ludzi. Zetknąłem się tam po raz pierwszy z tym, że głos wraca do ciebie-bardzo "zbija z pantałyku". W Mrągowie każdego roku bywa 4-5 tysięcy ludzi i już jest jakby przyzwyczajenie do takiej zabawy, w Pałacu Sportu też bardzo często bywam- z początku wyglądało, że to duża sala, potem się "zrobiła" zupełnie małą. Mam nadzieję jeszcze kiedyś w Siemens Arenie wystąpić.

Tak z założenia to ja byłem i jestem radiowcem. Najbardziej radio jest mi do serca, czuję się tam najlepiej. Jest jeszcze problem z pisaniem. Zawsze byłem więcej aktorem, niż wykonawcą, i nigdy nie byłem mocnym pisarzem. Właśnie najciężej jest gawędy napisać, a nie je wykonać.

- Pańskie kredo życiowe

- Zawsze się uśmiechać ,bo płakać nie warto. Zawsze, od samego początku na swych koncertach, mówię : "Zostawajcie się żywe, zdrowe, uśmiechnięte i pamiętajcie, że uśmiechniętemu zawsze lżej w życiu kołdybać się", bo jak się uśmiechasz- to zawsze lżej, a jeżeli sam sobie nie pomożesz to nikt tobie nie pomoże.

- Czy trudno być artystą i czy pan kiedyś stykał się z negatywną reakcją wobec swej twórczości?

- A tak na ile jesteś lubiany, na tyle i nie lubiany. Lubią cię tysiące i tysiące mają do ciebie jakieś pretensje. Na początku było bardzo nieprzyjemnie , ale później zrozumiałem, że nie ma w tym mojej winy, iż jednemu podobam się, a drugiemu nie. Zawsze były pretensje, że zniekształcam mowę, że i tak nie umieją tu poprawnie mówić, a jeszcze czegoś nauczam. Ale daj Boże, żeby tak się uczono, wtedy nauczyciele 12 lat by się nie męczyli. Wincuka postawił i porządek. Zrozumiałem, że różni są ludzie. A z ludźmi w ogóle pracować jest bardzo trudno. Z początku było ciężko, ale teraz uważam, że robię dobrą robotę i pogodziłem się z sobą. Ostatnio słyszałem wywiad z Kirkorowem, który powiedział, że "najważniejsze w naszej sprawie artystycznej to - kochać samego siebie, a później będzie cię też widz lubił". Coś w tym jest!

- Trzeba powiedzieć, że tekstów gwarowych więcej nikt nie pisze-nasza gwara zanika i czemuś u nas nie jest przyjęte lubić tę naszą gwarową mowę, że to niepoprawnie itd. Miejsce gwary zajmuje jakaś mieszanka językowa, coraz więcej rusycyzmów, a prawdziwej wileńskiej gwary już prawie nikt nie zna. Na przykład w Polsce Kurpie, Kaszuby, wszyscy górale szczycą się tym, że mają swoją gwarę. U nas jeżeli gwarą ktoś przemówi -no to nogami gotowi zadeptać. Nie wiem dlaczego tak jest , moim zdaniem tę naszą gwarę trzeba byłoby w jakiś sposób zachować. Na szczęście nie jestem teraz jeden- Ania Adamowicz mi pomaga. Mam nadzieję, że może młodzież jeszcze odrodzi wileńską gwarę. Trzeba zachęcać wszystkich, aby zachować to, co pozostało po naszych dziadkach i pradziadkach. Nawet w moich pracach niektóre rzeczy są stylizowane-nie ma w 100 proc. wszystkiego autentycznego, ale nie jest to wymyślane z głowy jak niektórzy mówią, że "językiem plażę prosto aby plażyć". Gwarę poznałem od moich rodziców, szczególnie od matki. Mam jeszcze swój nie wydrukowany słowniczek rzadkich słów i wraz z jeszcze nie używanymi tekstami postaram się to wszystko zebrać do jednego wydania jubileuszowego. Planuję wydać w niewielkim nakładzie. Pierwsze wydania wyszły w dużych nakładach-pierwsza książka 60 tysięcy i rozeszła się jak świeże bułki, bo to był 1989 rok-fala odrodzenia itd. W 1993 roku wydałem drugą książkę- 10 tysięcy egzemplarzy. Tylko rok temu skończyłem jej sprzedaż i 9 lat z nią jak "kotka z kaciukami" bawiłem się, ponieważ ludzie teraz czytają mniej.

- Gaduła wiejski to coś bliskiego filozofowi. W obecnym świecie jest tyle zła i niesprawiedliwości. Co według pana trzeba by było zrobić, aby świat stał się lepszy?

- Tak na ogół jestem więcej miejskim gadułą niż wiejskim. Wiejskim gadułą można byłoby nazwać przedwojennego Wincuka Dyrwana z Karszuniszek- bohater Stanisława Bielikowicza. Moja twórczość to bardziej życiowa filozofia- "jak ni pojesz to będziesz smutny" Pamiętam, kiedyś Kaliksty mówił: "W tym życiu jak się uda-czy czarna czy ruda" Tak to jest. Co prawda na początku w latach 1984-1985 w swych tekstach miałem wiele pouczeń, co trzeba robić, czego nie. Potem zaniechałem pisania morałów, bo i tak wiadomo, że żadnych skutków nie przyniosą. Świat, moim zdaniem, stanie się lepszy jeżeli każdy będzie po prostu człowiekiem, ponieważ na dzień dzisiejszy dużo kto o tym zapomniał. A jeszcze: "Nie rób drugiemu co tobie nie miłe". Teraz po prostu każdy nie zastanawia się nad tym, co robi. A jednak "jak hukniesz tak się odezwie"... Dużo jest złości ponieważ człowiek sam siebie nie kontroluje. Zresztą dobro było od tysięcy lat i zawsze nim będzie. A zło było złem i będzie.

- Co pan mógłby życzyć czytelnikom "Naszego Czasu"?

- Czytelnikom życzenia jak i na koncercie-uśmiechajcie się najczęściej i zawsze pamiętajcie, że dużo człowiekowi nie trzeba-słoneczka ciepłego, trawy zielonej, a młodszym-wytrwałości i cierpliwości, bo nie zawsze się wszystko daje od razu, trzeba zaczekać- anuż będzie wszystko dobrze. Wszystkim Czytelnikom- nadziei na lepsze.

- Dziękuję za rozmowę, piękne życzenia, a przede wszystkim za trud zbierania i propagowania gwary wileńskiej. Życzę, aby pan nadal przynosił słuchaczom wiele pozytywnych emocji i radości.

Rozmawiał Andrzej Tomaszewicz

Od redakcji: Poprzez redakcję "NCz" chętni mogą nawiązać współpracę z bohaterem powyższego wywiadu.

Nasz Czas 6/2005 (656)

Nasz Czas
 

Początek strony
JSN Boot template designed by JoomlaShine.com