…Wobec zazębienia interesów międzynarodowych, nie ma już dziś miejsca na suwerenności państwowe starego typu. Jeżeli jakiś naród chce pozostać suwerennym, winien rozumieć, że taka możliwość istnieje jedynie przez integralne włączenie się do wolnego świata. …Musimy zdać sobie sprawę, że zachodzi wielki proces przejścia od dotychczasowego „adwokatowania” interesom narodowym, do „adwokatowania” interesom ludzkim. Józef Mackiewicz. Zwycięstwo prowokacji, 1962

WILNIANIE ZASŁUŻENI DLA LITWY, POLSKI, EUROPY I ŚWIATA

(1877 - 1919). Autor Wiktor Zenonowicz.
Postać Antoniego w opracowaniu w wspomnieniach wilnianina z okazji 175 rocznicy urodzin autora wileńskich Trzech Krzyży.

Na apel "Chwyćmy za pióra, przetrząśnijmy szuflady..." ("Nasza Gazeta" nr 22) zareagował wilnianin Andrzej Zenonowicz, który udostępnił redakcji rękopis swojego śp. brata Wiktora, zm. w Warszawie w 1990r.

Wiktor Zenonowicz od 1944r. walczył w szeregach armii gen. Berlinga. Zdemobilizowany w 1947r. na Litwę już nie powrócił. W ostatnich latach mieszkał w Warszawie i pracował w biurze turystycznym "Gromada", a jednocześnie pasjonował się dziennikarstwem. Utrzymywał żywy kontakt z Wilnem poprzez korespondencję i przyjazdy do rodziny. Przez całe życie uważał siebie za wilnianina, jak też uważał za swój obowiązek "spłacanie długu" wobec miasta swojego dzieciństwa" (w okresie międzywojennym uczęszczał do Gimnazjum A. Mickiewicza w Wilnie). Jedną z ostatnich pasji Wiktora Zenonowicza na gruncie wileńskim była postać architekty i rzeźbiarza Antoniego Wiwulskiego - m. in. autora Pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie, który spoczął snem wiecznym na wileńskiej Rossie.

Był A. Wiwulski również autorem wspaniałego i nigdy niedokończonego kościoła Najświętszego Serca Jezusowego. Wg relacji (z 1923r.) historyka prof. Juliusza Kłosa, budynku "z żelazo-betonu o nowych zupełnie formach rzeźbiarskich raczej niż architektonicznych", opartych "na wzorach modernizmu francuskiego". Kościół wznoszony od 1913r., niedokończony przed drugą wojną światową, na początku lat 60-ych XX wieku został przebudowany przez Sowietów na Pałac Kultury Budowlanych. Dziwnym zbiegiem okoliczności, w tym czasie, jak otrzymaliśmy powyższy rękopis, dotarło do redakcji zdjęcie z albumu rodzinnego wilnianki Janiny Zacharewicz, która w 1955r. z okazji uroczystości Pierwszej Komunii Świętej w powyższym, już nieistniejącym kościele, została utrwalona na zdjęciu przed drzwiami budynku wraz z księdzem i gromadką wileńskich dzieci. Serdecznie dziękujemy.

Napisać dziś o Antonim Wiwulskim jest rzeczywiście trudno. Przekonałem się o tym osobiście. Oprócz własnych z lat dziecięcych mglistych wspomnień innych środków nie mam. Większość drukowanych obecnie encyklopedii pozycji "Wiwulski" nie zawiera, a te nieliczne, łącznie z przedwojennymi, ograniczają się do daty, wyrażonej w latach urodzenia i śmierci oraz kilku obiektów jego autorstwa. Przeszukałem ważniejsze warszawskie biblioteki, ale nawet w zasobnym księgozbiorze uniwersyteckim w jego również pokaźnym dziale wileńskim tytułu "Antoni Wiwulski" nie znalazłem. Byłem bezradny i smutny że, aby kontynuować spłacanie moich wileńskich długów, będę musiał wyłącznie sięgać do mojej pamięci może niezatartej, ale jakże dawnej i dziecię co naiwnej.

Gdy już miałem zaprzestać chodzenia po nie mniejszej od porządnego teatru galerii balkonowej katalogów biblioteki Warszawskiego Uniwersytetu, tylko dla zaspokojenia sumienia zacząłem otwierać szuflady działu krakowskiego i zanotowałem numer książki Urbańczyka Andrzeja "Pomnik Grunwaldzki w Krakowie" wydanej w 1974 r., a więc po zniszczeniu tego pomnika i jeszcze przed odbudową. Zamówiłem także wydane przed wojną: "Zbrojny wysiłek Peowiaków i Dowborczaków w 1-ej Samoobronie Wileńskiej", generała Wejtko Władysława "Samoobrona Litwy i Białorusi", prof. Juliusza Kłosa "Wilno. Przewodnik krajoznawczy" z 1937 r. i wydane w jęz. francuskim w 1938 r. Przeździeckiego Rajnolda "Wilno" (książka kilkusetstronicowa i pięknie wydana z romantycznymi jak zawsze fotografiami Bułhaka nie zdobyła mojego uznania tylko dzięki krótkiej nie po mojemu sercu napisanej wzmiance o Trzech Krzyżach na Górze Trzykrzyskiej). Otrzymane nazajutrz książki naprowadziły na dalszy ślad. Wykazane w "Pomniku Grunwaldzkim" źródła wspomniały o "Pamiętnikach" Ignacego Paderewskiego, a zwłaszcza o 69-stronicowej książeczce Ojca Redemptorysty Franciszka Świątka p.t. "Jasny i mocny duch. Antoni Wiwulski" wydanej w Wilnie w 1939 r. (Świątek pisze, że jest w przygotowaniu, pierwsza w ogóle, obszerna bibliografia Wiwulskiego, a książeczka ta ma tylko tymczasowo zaspokoić zainteresowanie społeczeństwa postacią artysty).

W ten sposób zebrałem garść materiałów, nie powstrzymam się jednak od dodania swoich trzech groszy.

Antoni Wiwulski urodził się w Rosji w Tołmie, guberni archangielskiej, na dalekiej Północy dnia 20 2 1877. Matka Adelajda pochodziła ze szlachty osiadłej na Litwie. Ojciec jej Konstanty Karpuszko służył w wojsku polskim w randze majora, a w późniejszym okresie życia dzierżawił majątek hrabiego Tyzenhauza.

Adelajda otrzymała w domu bardzo staranne wychowanie narodowo - patriotyczne. Po powstaniu 1863 r. rodzinę Karpuszków dotknęły represje jak grabież dóbr, więzienia, Sybir, a nawet cielesne kary knutów.

Ślub Adelajdy z Antonim Wiwulskim odbył się 13 10 1875 r. Ze swym przyszłym mężem spotkała się w rodzinnym majątku w Zagorach. Znała go od dzieciństwa, był on wówczas towarzyszem jej zabaw.

Ród Wiwulskich, osiadły na Żmudzi, pieczętujący się herbem "Prus tertio", posiadał liczne włości i piastował w Polsce wielorakie urzędy. Antoni Wiwulski, ojciec architekta i rzeźbiarza również Antoniego, był dziewiątym dzieckiem w rodzinie. Dwóch jego braci poległo w powstaniu styczniowym, inni poszli na wygnanie. Majątek popadł w całkowitą ruinę. Po przejściu burzy dziejowej, młodzi Wiwulscy podjęli studia uniwersyteckie, aby zdobyć na przyszłość kawałek chleba. Antoni ukończył gimnazjum i Akademię Leśną w Petersburgu. Wychowany w domu religijnie, w czasie studiów pod wpływem nowych prądów nurtujących otaczające go środowisko uniwersyteckie, zatracił całkowicie wiarę, której nie odzyskał do końca swego życia. Był jednak w stosunku do swej głęboko religijnej i pobożnej żony, która w tym duchu wychowywała dzieci, w pełni tolerancyjny- nie narzucał swych raczej obojętnych przekonań i pragnął borykać się z nimi w odosobnieniu.

Antoni senior ukończył Akademię z odznaczeniem i wkrótce otrzymał dobrą posadę, lecz nie w Polsce, a na Dalekiej Północy we wspomnianym już Tołmie. Dostał w zarządzanie olbrzymi rejon lasów, wynoszący milion dziesięcin. Miał pod sobą nadleśniczego, 12 leśniczych i 72 gajowych, nad sobą tylko gubernialnego leśniczego. Nie zatracił jednak myśli o Polsce, marzył o niej. Chciał przynajmniej pojąć w Polsce żonę. Wziął więc urlop, przyjechał do Zagor, gdzie spotkał Adelajdę i gdzie zapadła decyzja zawarcia małżeństwa. Po ślubie państwo Wiwulscy wyjechali na daleką i mroźną Północ.

Wiemy już o przyjściu na świat pierwszego ich syna, również Antoniego. Być może rzeczywiście paląca się nad jego kołyską zorza polarna ukształtowała jego przyszłą wrażliwość i charakter tak trudny do zdefiniowania i wytłumaczenia w odniesieniu do jego poczynań artystycznych niełatwych w formie, a jeszcze trudniejszych do zrealizowania.

W Tołmie nie było ani kościoła, ani księdza polskiego (tak wówczas mówiono, dzisiaj powiedzielibyśmy - katolickiego). Pani Wiwulska wybrała się latem z piastunką i sześciomiesięcznym synem w rodzinne strony, gdzie chłopiec został ochrzczony i otrzymał imię ojca - Antoni. Jesienią matka wróciła do niekończących się puszcz Dźwiny północnej. W niedługich odstępach czasu rodzina powiększyła się o cztery córki: Adelę, Michalinę, Marię i Wandę.

Pierwsze osiem lat upłynęły dla Antosia szczęśliwie. Posada, pieniądze, miłość, pogoda w pożyciu małżeńskim, dobrobyt. Nazywano rodzinę Wiwulskich najszczęśliwszą. To były jednak oznaki widocznie zewnętrzne, w istocie szczęście nie sięgało głęboko. Ojciec i matka to dwa odległe od siebie duchowo kontynenty, które połączyć się ze sobą nie mogły, bowiem były nimi niewiara i pobożność. Ojciec pozostał taki do końca, ale przed samą śmiercią, gdy żona bardzo płakała, powiedział: "Nie płacz!" i wskazał on obraz M. B. Niepokalanie Poczętej, wiszący w jego gabinecie. Zmarł 15-go września 1883 r. W kilka miesięcy później umiera najmłodsza córka, Adela.

Po śmierci ojca matka, uporządkowawszy sprawy materialne w Tołmie, przeniosła się w strony rodzinne do Mitawy (obecnie na Łotwie), gdzie zamieszkała u krewnych. O chłopcu w tym czasie pisze biskup Ropp: "Pamiętam Antolka jako ucznia w Mitawie. Był wesoły, gotowy do wszelkich figlów, ale nigdy złych. Był pobożny, obyczajny i absolutnie czysty".

Antoś chodził do szkoły niemieckiej. Świadectwo z 1885 r. wymienia: "Zachowanie niespokojne i wichrzycielskie". Na świadectwie z roku następnego napisano: "4 nagany", cztery odsiadówki "w kozie". Wszystkie zaś stopnie dostateczne.

W gimnazjum młodemu Wiwulskiemu również się nie wiodło. Dokuczał mu profesor Niemiec. Pozostał na drugi rok w klasie trzeciej. Gdy przeszedł do klasy szóstej matka powzięła niespodziewaną decyzję i postanowiła wywieźć go za granicę do konwiktu Ojców Jezuitów w Chyrowie w województwie lwowskim, wówczas na obszarze zaboru austriackiego. Gimnazjum w Chyrowie cieszyło się wielką reputacją w byłej Austrii.

Był to rok 1893. Matka po odbytej wraz z synem podróży i spędzeniu z nim wakacji powróciła na Litwę. Pomimo promocji do klasy szóstej, Wiwulski musiał powtórzyć klasę piątą ze względu na braki w rosyjskim szkolnym programie. W Chyrowie Wiwulski odznaczał się w dalszym ciągu żywiołowym humorem. Zachowały się opisy licznych jego figlów, nie wyrządzających nikomu przykrości, ponieważ były przeprowadzone z zachowaniem wszelkich reguł gry towarzyskiej. Na przykład w poniedziałek wielkanocny Antoś zapytał profesora, czy będzie go mógł oblać wodą zgodnie ze starym zwyczajem. Profesor zezwolił twierdząc, że będzie to niewykonalne. No i polała się woda na profesora z trzech urządzeń przemyślnie zamontowanych w jego własnym mieszkaniu.

W Chyrowie Wiwulski zaprzyjaźnił się z profesorem Ojcem Beyzymen, lekarzem i amatorem rzeźbiarzem. Przyjaźń ta przetrwała lata. Z Madagaskaru Ojciec Bayzym, jako misjonarz i lekarz trędowatych, gratulował Wiwulskiemu sukcesu odniesionego po wykonaniu Pomnika Grunwaldzkiego i wyrażał swój smutek na wiadomość o jego chorobie. Konwikt chyrowski Wiwulski pożegnał w 1897 r.

Następne lata to studia w Wiedniu w Akademii Architektury, którą ukończył z odznaczeniem w 1901 r. W sferach "młodego Wiednia" znany jest jako zwycięzca wszystkich niemal konkursów organizowanyh przez Wydział Architektury. I tu już w jego projektach architektonicznych zaznacza się skłonność do bogatej ornamentyki rzeźbiarskiej. W Wiedniu oddaje się jednocześnie samodzielnej nauce rzeźby.

W Paryżu, gdzie w 1902 r. wstępuje do Akademii Sztuk Pięknych. W metropolii świata nad Sekwaną Wiwulski rozwinął wytężoną pracę artystyczną, która zjednała mu ogólne uznanie. Znany wówczas we Francji dramaturg i krytyk Jules Lemaitr otrzymawszy od Wiwulskiego wykonaną przez niego statuetkę, uznał ją za dzieło wielkiego talentu tak dalece, że ogłosił się mecenasem początkującego rzeźbiarza. Uznanie tak szumne nie zmieniło sytuacji materialnej Wiwulskiego. W Paryżu żył on w biedzie.

Pomimo pracy naukowej i artystycznej, modlitwy i ascezy nawiązał ożywione stosunki towarzyskie z Polonią w Paryżu. Bywał często w domu patriarchy polskiego wychodźstwa, Władysława Mickiewicza, syna Wieszcza Narodu, gdzie go wielce polubiono. I tu zapoznał się z Ignacym Paderewskim, któremu przypadł wielce do serca. Podobno żona duchowego przywódcy Emigracji, pani Mickiewiczowa poleciła pianiście Wiwulskiego. Początkujący artysta żył w wielkim niedostatku, chory na gruźlicę, którą się zaraził pielęgnując chorego na tę chorobę kolegę, rozgoryczony dotychczasowym brakiem powodzenia. A miał już 31 lat.

Paderewski, liczący wówczas 48 lat osiągnął szczyt sławy artystycznej w zakresie międzynarodowym. Jego koncerty przynosiły mu olbrzymie dochody. Był już właścicielem własnej rezydencji w pięknym parku w Norges w Szwajcarii. W Warszawie przed 10 laty, w 1898 r. ukończył budowę własnego największego w tym czasie w mieście hotelu "Bristol". Zdawać by się mogło, że kierowały nim wyłącznie względy osobiste. Wkrótce jednak, a potem przez całe życie, udowodnił, że był wielkim patriotą, któremu przyświecały cele narodowe. Wspomina w "Pamiętnikach", że od początku swej pracy, od każdego zarobku przeznaczał pewną kwotę na realizację takiego celu. Doszedł do wniosku, że powinien uczcić zbliżającą się 500-letnią rocznicę zwycięstwa pod Grunwaldem ufundowaniem wspaniałego pomnika w Krakowie. I w takiej to chwili Paredewski poznał Wiwulskiego -. Zwrócił uwagę w jego pracowni na małą rzeźbę, studium litewskiego wojownika, prawdopodobnie księcia Kiejstusa. Ponadto była już znana rzeźba Wiwulskiego "Żmudzini", wystawiona w 1901 w Krakowie w Pałacu Sztuki.

Nieoczekiwana propozycja przywróciła do życia młodego człowieka "o ciemnych rozpalonych gorączką oczach". Zabrał się do sporządzania szkiców projektu. Drugi projekt podobał się Paderewskiemu. Zaprosił Wiwulskiego do swej willi w Morges, gdzie w parku przerobiono oranżerię na pracownię rzeźbiarską. Wiwulski przystąpił energicznie do wykańczania projektu. Pomnik miał być gotowy w 1901 r., czyli za niespełna dwa lata, a najlepsi fachowcy francuscy uważali pięć lat za jedyny możliwy termin. Paderewski zdając sobie sprawę, że powierzył taki ogrom pracy człowiekowi choremu, czuł się odpowiedzialny za dalszy los artysty. Wysłał go do Lozanny, gdzie znany chirurg podjął się dokonania bardzo niebezpiecznej operacji krtani, zaatakowanej gruźlicą. Tenże lekarz mówił później, że najmniejszy ruch pacjenta w czasie zabiegu, mógł spowodować śmierć. Zabieg się udał i wkrótce Wiwulski przystąpił do dalszej pracy nad pomnikiem.

Zbliżał się termin odsłonięcia pomnika. Niestety, nie było najmniejszej możliwości ukończenia głównej figury pomnika -wyniesionego na wysokim cokole Jagiełły na koniu. Wiwulskiego zwalała z nóg choroba, męczyły krwotoki, konieczny był odpoczynek. Zdecydowano więc, że na wysokościowej części pomnika w Krakowie stanie gipsowy model posągu, odpowiednio spreparowany i spatynowany, a dopiero po kilku miesiącach gipsowego Jagiełłę zastąpił - brązowy.

Znaczenie Pomnika Grunwaldzkiego, jako trwałej ozdoby królewskiego Krakowa przerósł zasięg manifestacji społeczeństwa 15 lipca 1910 r., w dniu odsłonięcia dzieła Antoniego Wiwulskiego.

Do Krakowa przybyło około 150000 ludzi, czyli więcej niż było mieszkańców w tym mieście. Wielu musiało zadowolić się noclegami w namiotach ustawionych na placach i ulicach. Przybyli przedstawiciele zaboru pruskiego i rosyjskiego, pokonując wszelkie trudności czynione przez władze zaborcze przy przekraczaniu granicy. Mój zmarły w 1980 r. starszy ode mnie wiekiem kolega w przewodnickiej pracy, Janusz Tłomakowski, wilnianin i uczestnik walk o Wilno w 1-ej wojnie światowej w szeregach 13-go Pułku Ułanów Wileńskich i w ostatniej wojnie w wileńskich oddziałach Armii Krajowej, chętnie opowiadał o podróży, jako 14-letni chłopiec wraz ze swym ojcem na uroczystości odsłonięcia Pomnika. Przybyli Polacy z innych krajów, a zwłaszcza Polonia ze Stanów Zjednoczonych. Obecni byli pobratymcy z sąsiednich krajów Czesi, Słowacy, Serbowie. Kulminacyjnym momentem uroczystości było wejście na trybunę Paderewskiego, który przed sobą prowadził Wiwulskiego. Zanim przemówił, ucałował rzeźbiarza, co przyjęto nieustającą owacją. Paderewski przedstawił tłumom Wiwulskiego, a prezydent miasta Krakowa Leo ucałował ich obu. Paderewski wygłosił płomienną patriotyczną mowę, która poruszyła wielotysięczne rzesze. Pisze w pamiętnikach, że przemawiał bez mikrofonów, bo ich jeszcze nie było, a wszyscy go słyszeli. Powszechnie uważano, że mowa Paderewskiego była początkiem nie tylko jego publicznych przemówień, ale również jego działalności politycznej, która zawiodła go do funkcji premiera i uczestnika narad paryskich, rozstrzygających o losach Polski i Europy po 1-ej wojnie światowej. Podobnie dla Wiwulskiego, stworzenie Pomnika Grunwaldzkiego rozsławiło jego imię jako artysty. Andrzej Urbańczyk w książce "Pomnik Grunwaldzki w Krakowie pisze: "Gdyby nie przypadek, który zetknął Wiwulskiego z Paderewskim w 1908 r., być może dzisiaj nikt nie pamiętałby tego nazwiska i daremnie byłoby szukać wzmianki w "Słowniku artystów polskich". Był właściwie artystą jednego dzieła. W czasie obchodów krakowskich trzy nazwiska były na ustach tłumów: Paderewski, Wiwulski i Bandurski. Ten ostatni, ówczesny sufragan lwowski, później biskup polowy Wojska Polskiego związany z Wilnem, wygłosił kolejną porywającą patriotycznie mowę podczas odsłonięcia Pomnika. W ulotce drukowanej na dzień odsłonięcia Pomnika pisano, że "Paderewski geniusz odkrył pokrewnego sobie geniusza w osobie Wiwulskiwego". Obaj artyści pozostali nadal w ścisłej przyjaźni. Wybuch 1-ej wojny światowej zastał ich przy jednym stole: w przeddzień 1-go sierpnia 1914 r., w ostatni dzień pokoju, a zarazem dzień imienin Paderewskiego, Antoni Wiwulski uczestniczył w przyjęciu wydanym przez pianistę w jego posiadłości w Morges.

Już następnego dnia po trzydniowych uroczystościach w Krakowie Wiwulski wraz z Paderewskim wyjeżdża na odpoczynek do Zakopanego. Wiwulski przede wszystkim na kurację zdrowotną, która odbywa się w prywatnym sanatorium, przy ostrej dyscyplinie dnia, stosowanej przez lekarza, będącego jednocześnie właścicielem zakładu.

W Krakowie rozjechali się goście przybyli na uroczystości 500-lecia zwycięstwa pod Grunwaldem. Ulice przestały rozbrzmiewać entuzjastycznymi okrzykami na cześć twórcy Pomnika. Na ich miejsce, nie na ulicach, lecz na łamach publikacji i w zamkniętych gronach mędrców ze szkiełkiem w oku i ze szklanym sercem, odezwały się głosy krytyki. A ponieważ dość już było pochwał, posypały się słowa oceny negatywnej. Krytykowano opasłego konia, którego modelem był najpiękniejszy ogier wyszukany przez Wiwulskiego w najprzedniejszych stadninach francuskich. Wyrażano niezadowolenie ze zbyt mizernej postaci Jagiełły, doszukując się braku proporcji między koniem a jeźdźcem. Wrażliwsi byli przytłoczeni i zdegustowani ogromem czterometrowej bryły rozciągniętego trupa Wielkiego Mistrza krzyżackiego u stóp majestatycznie stojącego Witolda. Głosom krytyki nie oparł się posąg chłopa rozrywającego na swych rękach łańcuchy. Po dwóch latach posąg ten wymieniono na spokojnego Oracza twierdząc, że nie względy artystyczne, ale przesyt tematyki kajdaniarskiej odegrał rolę. Odbudowany przed kilkoma laty Pomnik Grunwaldzki powrócił znowu chłopa z porwanymi kajdanami. Krytyka nie odważyła się w takim stopniu wystąpić przeciw dwom pozostałym grupom na bocznych płaszczyznach pomnika: polskiego rycerza z giermkiem zbierającym zdobyczne sztandary i Litwina dmącego w róg, drugą ręką dzierżącego pojmanego Krzyżaka.

Specjaliści od niezadowolenia umilkli dość szybko nie zyskawszy liczącego się poparcia. Zwyciężyła opinia: "Najpiękniejszy i najwspanialszy z pomników zdobiących publiczne place Polski".

Przed wybuchem 1-ej wojny światowej Wiwulksi podróżuje wiele po Europie. A w roku 1918 Wiwulski pracuje już nad projektem bazyliki Najświętszego Serca Pana Jezusa w Wilnie.

I w ten sposób doszliśmy do ostatniego rozdziału w życiorysie Antoniego Wiwulskiego, można przyjąć, że obejmuje on tylko sześć lat, a więc okres krótki nawet w krótkim życiu artysty. Określenie to jednak odnosi się jedynie do suchej miary czasu, w Wilnie dane było Wiwulskiemu osiągnąć najwyższe wartości przyświecające polskiemu narodowi.

Choć kilku słowami cofnijmy się wstecz. Od 1893 roku, od wyjazdu z domu rodzinnego do Chyrowa, a potem do Wiednia i Paryża, kontakty Wiwulskiego z matką stanowiły jedynie listy, pisywane bardzo często. Widuje się z matką rzadko. Po ukończonych studiach w Paryżu, ku obopólnej radości odwiedza ją 11 lipca 1908 roku w Sydkunach na Litwie. Jest to jednak data zbliżona już do zawarcia znajomości z Paderewskim i przyjęcia jego oferty na wykonanie Pomnika Grunwaldzkiego. Nie jest więc możliwe, aby odwiedziny te trwały długo i jeśli wspomina się o pobycie Wiwulskiego na Wileńszczyźnie u matki w roku 1909, to dotyczy to już innego kolejnego przyjazdu, podczas którego zapadła nader ważna dla dalszego życia Wiwulskiego decyzja. Otóż wspominany przy opisie lat szkolnych w Mitawie biskup wileński Ropp, wielki przyjaciel Wiwulskich, zaproponował "kochanemu Antolkowi" budowę kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa w Wilnie. Przystąpienie do realizacji tej propozycji nie mogło być natychmiastowe. Wiwulski ostatkiem sił zmagał się z pracami przy Pomniku Grunwaldzkim. Następnie ratowanie zdrowia przed rozwijającą się groźną chorobą odsuwa ten termin aż do roku 1913, kiedy to Wiwulski powraca z Hiszpanii do Wilna i przystępuje do budowy zleconego przez biskupa kościoła.

Jak miał wyglądać ostatecznie kościół, określony przez ojca Franciszka Świątka w jego książeczce o Wiwulskim jako "pomnik" Serca Jezusowego w Wilnie nie sposób odpowiedzieć. Lepiej wyciągnąć szereg wniosków: tenże Świątek pisze, że Pomnik Grunwaldzki spowodował przerwę w pracy nad projektem. Z tego wynikałoby, że Wiwulski zaczął projektować kościół jeszcze w 1908 r. albo i wcześniej, w każdym razie przed przyjęciem oferty Paderewskiego. A przecież propozycja na wybudowanie kościoła została przedstawiona przez biskupa Roppa dopiero w 1909 r. W dostępnych źródłach wspomina się nieraz o architekturze sakralnej Wiwulskiego. Biorąc jednak pod uwagę, że świątynia Serca Jezusowego w Wilnie była jedynym kościołem (oprócz niewielkiej kaplicy w Szydłowie), budowanym przez Wiwulskiego, może tu być mowa jedynie o jego licznych dotychczasowych projektach, a nie wykonawstwie. Pisaliśmy już o jego uwieńczonym powodzeniem uczestnictwie w konkursach w Wiedniu za czasów studenckich. Wówczas też dokonywano charakterystyki sztuki Wiwulskiego, która w zasadzie utrwaliła się do końca jego twórczości.

Świątek zamieszcza w swej książeczce fotografię makiety kościoła nie podając, że ma to być kościół Serca Jezusowego w Wilnie. Makieta wygląda na wstępne studium, brak na niej szczegółów, żadnych detali zdobniczych, bez których nie do wyobrażenia jest ostateczna forma dzieła artysty. Największą uwagę zwraca potężna kopuła, następnie wieże, a potem rozczłonowanie ścian w przeważnie półkoliste wtopione walce. To jest zgodne z charakterystyką artystyczną i osobistą Wiwulskiego, a ponadto świadczą o tym, że przebywał on całe lata w Paryżu i to bardzo chętnie, w cieniu monumentalnej i dominującej nad "stolicą świata" bazyliki Najświętszego Serca, po francusku Serce Coeur.

Wileński kościół miał być niemniej okazały, godnie uzupełniający krajobraz miasta o tak bogato ukształtowanej rzeźbie terenu, o niekończących się możliwościach powiększania majestatu architektury potęgą i pięknem przyrody. Walory naturalne Wilna zniewalały Wiwulskiego do tworzenia ambitnego dzieła. Miał wielu konkurentów, którymi były dostojne wileńskie kościoły, te barokowe bardziej przebojowe od gotyckich, ponieważ obsadzały bardziej eksponowane miejsca w mieście, katedra antnycznie na kolumnach w niezakłóconym milczeniu i przy powszechnym poważaniu trwająca, jeśli nie przejąć się maleńką broszurką ... Została ona napisana przez pewnego żołnierza niemieckiego podczas 1-ej wojny światowej w jego własnym języku p.t. "Wilno, zapomniana kolebka sztuki". Żołnierz ten wszystko chwalił, ale katedrę zganił. To żadne dzieło sztuki, bo cóż to za wydłużone w nieskończoność sześciany, będące potwornie wielkimi kolumnami, dźwigającymi strop świątyni, gdzie im do antyku, cóż to za klasycyzm! Broszurkę tę mógł czytać Wiwulski, uświadamiając sobie dodatkowo, jak trudnego podjął się w Wilnie zadania. Podobnie jak Gucewicz Wawrzyniec w przypadku katedry wileńskiej i on zamierzał dokonać wielkiego eksperymentu, a mianowicie przetworzyć rozwijający się w Europie styl według własnych kryteriów. A na artystę zwaliły się i inne krzyże i rzeczywiście historia budowy bazyliki Najśw. Serca P. Jezusa w Wilnie nabrała cech najgłębszego tragizmu. Objął on i kościół i artystę, zapełniając ostatnie strony jego życia i nieco poza nie wykraczając.

Oddajmy w tym miejscu głos profesorowi Juliuszowi Kłosowi, autorowi najbardziej do dziś popularnego przewodnika po Wilnie. Pisał on tak przed 20 laty, długo po śmierci Wiwulskiego, ale jeszcze przed tragicznym zgonem samego kościoła:

"Jakby pierwszym odezwaniem się ducha twórczości istotnej w architekturze wileńskiej, było meteoryczne pojawienie się na gruncie tutejszym przedwcześnie zgasłego w Samoobronie Wileńskiej w 1913 roku Antoniego Wiwulskiego, rzeźbiarza i architekta o wybitnym talencie. Rozpoczął na kilka lat przed wojną działalność architektoniczną, projektując ogromny kościół Serca Jezusowego z żelazobetonu o nowych zupełnie formach, rzeźbiarskich raczej niż architektonicznych. Budowę rozpoczętą w 1913 roku, przerwaną przez wojnę, a ostatecznie przez śmierć autora tej oryginalnej budowy, uniemożliwiającą dokończenie według zamierzeń twórcy, niedopracowanych w formie ostatecznej. Artysta porwał się śmiało na rzecz wyjątkowo trudną i sam szukał dopiero wyrazu dla swych pomysłów, opierając się na wzorach modernizmu francuskiego. Można było jednak oczekiwać od jego talentu zwycięstwa nad nieopanowanym jeszcze materiałem a rozhukaną zbytnio wyobraźnią. Praca ta nawskroś indywidualna nie mogła być kontynuowana, ponieważ nie znalazł się artysta - sobowtór duchowy Wiwulskiego".

Te czasy już pamiętam. Towarzyszmy jednak dalej Antoniemu Wiwulskiemu, kiedy to jeszcze mnie na świecie nie było i zapisów tych faktów szukać trzeba w starych księgozbiorach. Jest ich niewiele i trudno na nie natrafić. Właściwie trzeba brnąć przez gąszcz cały historii owych czasów, bo może gdzieś będzie jakieś wspomnienie. A jeżeli już nigdzie imienia i nazwiska Antoniego Wiwulskiego nie ma, to notujmy przynajmniej te wydarzenia i fakty, które działy się w tym czasie, nawet niekoniecznie w pobliżu niego i mogą nam trochę wytłumaczyć okoliczności życia i twórczości artysty. Przydadzą się również własne wspomnienia, które chociaż obejmują okres po jego śmierci, to jednak wyrosły z zadumy nad widocznymi jeszcze wówczas śladami jego dzieł, jego artystycznej spuścizny. Dzisiaj już tego prawie nie ma.

Trzeba jednak połączyć obraz dzieckiem zapamiętany z możliwościami umysłu przez dalsze półwiecze w trudach rozumowania i pojmowania zaprawionym. Ci, co po nas się urodzą, będą mieli trudniej!

Pokonywanie przeszkód przy budowie kościoła Serca Jezusowego zaczęło się staraniem o uzyskanie zezwolenia od władz. Rząd carski był przeciwny budowie nowych kościołów. W Wilnie po powstaniu styczniowym zamknięto wiele kościołów. Po upływie dziesiątków lat, jakby w uznaniu, że kara osiągnęła swój cel, a głównie pod presją niekorzystnych dla Rosji carskiej wydarzeń historycznych, niektóre świątynie ponownie otwarto dla tego samego obrządku, inne pozostawały nadal zamknięte, względnie były użytkowane jako cerkwie prawosławne. A że ostatnio wybudowano i konsekrowano nowy kościół Niepokalanego Poczęcia na Zwierzyńcu, a nabożeństwo do Serca Jezusowego było wręcz prześladowane przez władze carskie, te powody również wpływały utrudniająco na uzyskanie zezwolenia na realizację projektu Wiwulskiego na Pohulance w Wilnie. Starania o zezwolenie na budowę zdawały się niekiedy być beznadziejnymi. Wiwulski w tym celu wyjeżdża do Moskwy, do księcia Lwowa, który darzył naszego artystę sympatią i okazał się prawdziwym tym razem rosyjskim mecenasem jego sztuki. Książę Lwow wraz z żoną udaje się do Petersburga, gdzie dzięki jego pozycji na dworze carskim, zezwolenie wydano.

W Wilnie zabrano się z zapałem do roboty, budową kierował ksiądz Lubianiec, rektor Wileńskiego Seminarium Duchowego. Po pokonaniu jednych trudności, wyłoniły się następne, które sprowadziły artystę na krawędź wytrzymałości fizycznej i duchowej. Choroba nie ustępowała. W Krakowie odrzucono projekt Wiwulskiego tamtejszej bazyliki Serca Jezusowego. Zaważyły tu względy finansowe. Wspaniałomyślnego fundatora, jak Ignacy Paderewski, tym razem nie było, a sztuka Wiwulskiego nie była tania, pod względem artystycznym jak i materialnym. W Wilnie było lepiej, protektorem był sam biskup. Nieoczekiwanie jednak i tu zaczęła narastać fala niechęci wobec Wiwulskiego. Po prostu wykonawcy projektu, do murarzy włącznie, byli niechętni do zastosowania nowej, nieznanej w Polsce techniki z użyciem żelbetonu. Jeszcze dotkliwsze było rozpowszechnienie nieprzychylnej opinii o Wiwulskim przez znanego i zasłużonego w Wilnie jezuitę, który występował w imieniu tamtejszego Towarzystwa Jezusowego. Określił on artystę jako człowieka niewłaściwego do budowy kościoła, nazywając go dosłownie "obieżyświatem i utracjuszem".

Doszło do tego, że wszyscy, oprócz księdza Lubiańca i biskupa Roppa opuścili Wiwulskiego. Dopiero po interwencji u naczelnych władz zakonu, burza ucichła i powoli zaczęły się wznosić majestatyczne mury kościoła.

Ukończono nawę główną, boczną kaplicę i zaczęto wznosić prezbiterium i wieżę. I to było wszystko, co się na kształt rzeczywiście "Pomnika Serca Jezusowego" w Wilnie, a nie kościoła pod tym wezwaniem złożyło. I wojna światowa przerwała wszelkie roboty przy wznoszeniu murów. Poziomy obrys kościoła, zakreślony tuż przy ziemi linią fundamentów, złączył się z zaczętymi ścianami. To był początek rysunku Wiwulskiego. W całości obrazu przeistaczanego w świątynię najdumniejszą jej częścią była górna krawędź odcinająca się od jasności nieba kopułą, wieżami, gzymsami z bogactwem ozdób, nie znanych do końca samemu Wiwulskiemu, bo nie zdążył przenieść je jeszcze nawet na papier, lecz nosił tylko w swej duszy...

Tę tajemniczą bryłę poszarpaną u góry, najeżoną kolcami stalowych prętów zbrojenia betonu, jakby przygotowaną do obrony przed zbliżającym się dalszym, jeszcze gorszym losem, ujrzałem i zapamiętałem jako dziecko, gdy zacząłem patrzeć na Wilno, rozumiejąc bardzo, bardzo mało ... A było to długo, lata całe po śmierci artysty.

Wkroczenie Niemców do Wilna przeżył Wiwulski zamknięty w swym kościele, w którym po ustaniu prac budowlanych zajął się zdobieniem wnętrz, rzeźbieniem ołtarzy. Niemcom Wiwulski imponuje, zwraca ich uwagę potężna, napoczęta konstrukcja, zapowiadająca niezwykłe dzieło, zwiastujące nową epokę. Ciekawość ich prowadzi aż do osoby artysty, którego zasypują zamówieniami na własne portrety, popiersia. Wydarzenia dziejowe jednak oferują Wiwulskiemu bardziej doniosłe zajęcie.

Już w 1915 roku, zaraz po wejściu wojsk niemieckich, specjalna komisja obywatelska zarządziła rozkopanie ziemi na szczycie Góry Zamkowej, na poziomie dawnego dziedzińca, między dwiema wyniosłymi topolami. Tu w roku 1863 carski generał - gubernator Murawiew, z powodu okrucieństwa zwany "wieszatel", kazał grzebać w tajemnicy przed mieszkańcami Wilna zwłoki straconych powstańców. Pamięć o tej masowej mogile zachowała się do końca. Przeprowadzone prace odkryły kości ludzkie i resztki ubrania. Miejsce męczeństwa narodowego postanowiono godnie uczcić. Został ustawiony wielki drewniany Krzyż o dwu konturach według projektu Wiwulskiego. Krzyż odznaczał się swoistym, nieprostym rysunkiem, nie miał jednak nic z powszechnych i na naszej ziemi żmudzkich krzyży. Był po prostu Krzyżem Wiwulskiego. Nie często odbywaliśmy wspinaczki na Górę Zamkową, była chyba zbyt dostojna ze swoim widokiem na Wilno. Dziwi mnie jednak teraz, że miejsce oznaczone Krzyżem Wiwulskiego zapamiętałem jako Grób Nieznanego Żołnierza.

Być może dlatego, że Grób taki był wówczas w Warszawie i innych stolicach Europy. W Wilnie odnosiło się to jednak do wcześniejszej historii, do Powstania 1863 roku, a nie I-ej wojny światowej. Niemcy ukazali szybko swoje prawdziwe oblicze i szczerość zamiarów wobec Polaków. Krzyż został brutalnie zrąbany z pewnością nie na oczach Wiwulskiego. Było to pierwsze i jedyne dzieło, zniszczone za życia artysty. Wszystkie inne zostały zniszczone po jego śmierci. Krzyż ten ustawiono ponownie z wielką uroczystością 23-go stycznia 1921 roku.

Wkrótce, bo już w następnym 1916 roku postawiono w Wilnie następne Krzyże Wiwulskiego. Była to wileńska Golgota, monumentalne Trzy Krzyże na Górze Trzykrzyskiej. Natychmiast po uzyskaniu zezwolenia, przystąpiono do prac. Niemcom nie wierzono. Wykonanie okazałego pomnika nie było łatwe. Urwiste zbocze góry utrudniało wnoszenie wody, cementu i stali zbrojonej, ale rąk do pracy nie brakowało. W przeciągu niespełna dwóch miesięcy monument Trzech Krzyży stanął nad Wilenką na Górze Trzykrzyskiej, panującej nad Wilnem. Wśród Niemców wybuchła wielka konsternacja. Było już jednak za późno. Wszystko, co mogli uczynić, to była odmowa na uroczyste poświęcenie Pomnika. Dokonał tego potajemnie ówczesny Administrator Apostolski Wilna, biskup Kazimierz Michalkiewicz. (...)

Moja śp. Siostra Ludwika Zenonowicz, jakby przeczuwając, że będę pisał pracę o Wiwulskim, przesłała mi za życia własnoręcznie przepisaną książeczkę Księdza Prałata Jana Kurczewskiego, wydrukowaną w Wilnie (druk. Ks. A. Rutkowskiego) p.t. "Pamiątka zbudowania i poświęcenia Trzech Krzyżów w Wilnie na Górze Trzykrzyskiej w roku 1916". Samo postawienie trzech Krzyży w 1916 roku stanowi tylko końcową wzmiankę w książeczce. Niewiele można z niej się dowiedzieć o szczegółach tej przecież na szeroką skalę przez ludność Wilna przeprowadzonej akcji i to w warunkach wojennych z potrzebą uśpienia podejrzliwości nowego wroga, przybyłego do miasta. Wniosek nasuwa się ten, że postawienie krzyżowego pomnika było rzeczywiście końcowym epizodem pielęgnowanej przez wieki tradycji.

O nowych Krzyżach z 1916 roku ksiądz Kurczewski pisze: "... Wielebny ks. Administrator Apostolski, Kazimierz Mikołaj Michałkiewicz, powagą swoją zezwolił na odnowienie prastarej pamiątki religijnej i wziął w swoje ręce kierunek całej sprawy. Wykonanie jej poręczył znanym ze swego talentu w sztuce budowniczej - panu Antoniemu Wiwulskiemu, który nakreślił plan budowy Krzyżów trwałych z żelaza i cementu oraz panu Teofilowi Szopie, jako wykonawcy planu. Wierni miasta Wilna pośpieszyli ochoczo ze swymi ofiarami od bogatych do najuboższych, a drudzy z pomocą w robocie od mężów poważnych, aż do ochoczej, rwącej się do każdego czynu szlachetnego, zbożnej młodzieży szkolnej, kierowanej ręką serc wierzących. Słowem, wszyscy wierni, od starego do małego, bez różnicy narodowości, łącznem sercem i ochotą, przyłożyli się ofiarą i pracą do zbożnego dzieła. Chociaż półwiecze minęło od upadku dawnych Krzyżów drewnianych, jednak żywa o nich pamięć przechowała się u Wilnian. Ściśle oznaczano miejsce, gdzie stały, a przy kopaniu dołu na fundamenty pod Krzyże, wykopano zmurszałe pnie dawnych Krzyży, ustanowionych w ten sposób, że środkowy stał na przedzie, a dwa boczne nieco w tyle. Słowem tak, jak zaprojektował pan Wiwulski, jakby z natchnienia, ustawienie nowych Krzyży. Napis u stóp Krzyża środkowego,łaciński w ten sposób wyrażony:

Pax primis xti operariis in Lithuania ord: S. Francisci aevo XIV Vilnae occisis + +vel maxime VII Martiribus, hoc in monte crucifixis + + Christifideles, saeviente bello atrocissimo, ad implorandam opem Divinam et pacem, Cruces has, in loco primaevarum, construxerunt et dedicarunt - AD: MCMXVI.

Tłumaczenie na polski: Pokój pierwszym pracownikom Chrystusowym na Litwie, zakonu św. Franciszka w XIV wieku, w Wilnie zabitym, szczególnie VII Męczennikom, na tej górze ukrzyżowanym + + Wyznawcy Chrystusowi, w czasie srożącej się okrutnej wojny dla uproszenia pomocy Bożej i pokoju, te Krzyże, na miejsce pierwotnych odbudowali i poświęcili - R.P.1916".

W cieniu Trzech Krzyży Antoniego Wiwulskiego wyrosłem. Pod nimi minęło pierwszych 16 lat mojego życia. Bez nich nie mogłem wyobrazić mojego rodzinnego miasta. Stały na najwyższej górze wileńskiej, do niej był dostęp z ogrodu naszego domu przy ulicy Popowskiej na Zarzeczu. Potem los rzucał po świecie, ale ciągnęło w góry.

Dlatego też na początku przy omawianiu źródeł napisałem, że rozgniewał mnie Przeździecki Rajnold w swej obszernej i bogato wydanej w 1938 r. książce "Wilno", gdzie wyraził się o Trzech Krzyżach Wiwulskiego jako o dziele z betonu "zupełnie niepięknym". Nie zwracamy uwagi na głosy krytyków w pojedynkę lub w mało wartościowych grupkach działających, zwłaszcza jeżeli nie wytrzymały one próby czasu. W roku 1981, gdy przemiany historyczne przypomniały bohaterów narodowych podobnych do Antoniego Wiwulskiego, mieszkańcy Białegostoku powzięli decyzję zbudowania w swoim mieście trzech Krzyży według projektu Wiwulskiego. Wizerunki tych Kryży pojawiają się przy grobie księdza Jerzego, uznawanego za Kapłana pochodzącego z "Ziemi Wileńskiej". W rocznicę walk o Wilno, podczas mszy św. odprawionej za żołnierzy wileńskiej Brygady Armii Krajowej w kościele św. Anny w Warszawie, wspaniały barokowy ołtarz został całkowicie zasłonięty olbrzymim płótnem z namalowanymi Trzema Krzyżami na tle wileńskiego nieba. Niebo było tylko nieskażonym ciemno-niebieskim tłem, bez ingerencji artysty - malarza. Krzyże natomiast, również bez przeróbki odtwórcy, wyrzynały się z błękitu oślepiającą bielą tak dokładnie, jakby były jeżeli nie pomnikiem na wileńskiej górze to przynajmniej szkicem modelowym dzieła namalowanym przez samego Wiwulskiego. Do kościoła przyszedłem przypadkowo po nabożeństwie. Niczego się nie spodziewając, stanąłem osłupiały przed tak wielką dekoracją, zmieniającą całkowicie wygląd wnętrza i zapominając, gdzie jestem. Kościół był pusty, co powiększało jeszcze wrażenie. Przeto o nieistniejących dzisiaj wileńskich Trzech Krzyżach wspominajmy tak, jak całe nasze społeczeństwo.

W następnym roku 1917 obchodzono 100-lecie śmierci Tadeusza Kościuszki. W północnej ścianie kościoła św. Jana została umieszczona pamiątkowa tablica projektu Wiwulskiego. Kościół pusty po licznych przeróbkach, z barokową wyspą ołtarzy stłoczonych wewnątrz prezbiterium, zapełnił się z czasem epitafiami, podobiznami zasłużonych dla Wilna ludzi, m.in. Moniuszki, Syrokomli. I właśnie tu znalazła się ostatnia praca Wiwulskiego, zanotowana przez kronikarzy. Jeszcze napiszą o nim, że był autorem przeszło tysiąca plakiet portretowych i na ogół zgodnie uznają w nim niezwykły talent, choć pozostawił po sobie tylko drobne dzieła, jak się wyraził szlachetny i ulubiony przez wszystkich romantyczny przewodnik po Wilnie, profesor Uniwersytetu Stefana Batorego Juliusz Kłos, który bezwiednie do "drobiazgów" zaliczył w ten sposób i pomnik Trzech Krzyży. To było przed pół wiekiem. Co by powiedzieli dzisiaj? Ci ludzie już nie żyją, a o Wiwulskim mówić trzeba, choć po nim prawie nic nie pozostało. Jest więc to obecnie naszym obowiązkiem. Dzieła artysty są trwalsze od samej osoby twórcy. Używa on marmuru, granitu. Jakoś się chce powiedzieć, że ta postać o schorowanym ciele gruźlika, powinna w naszym umyśle trwalszy mieć ślad niż jego dzieła. Ostatnie fragmenty tej pracy poświęćmy przeto samej osobie Wiwulskiego u schyłku jego życia. (...)

Był listopad 1918 roku. Niemcy kapitulowały, ich wojska zostały rozbrojone przez miejscową ludnosć. Na wieść o przyjeździe Paderewskiego do Warszawy, Wiwulski wysyła do niego list, wyrażając nadzieję, że wkrótce się zobaczą Paderewski, jak pisze w Pamiętnikach, bardzo się tym ucieszył. W Wilnie Niemcy mieli jeszcze broń w ręku, ale zaczęli się obawiać, czy nie zostaną im odcięte drogi powrotu z wyprawy wojennej do domu. Mieszkańcy Wilna natomiast nie gromadzili się już przy pomnikach dawnej sławy, lecz uznali, że przyszedł czas na nowo odtworzyć własną historię, zaczęto organizować oddziały Samoobrony Wileńskiej, nazywanej również Samoobroną Litwy i Białorusi, obejmującą poza Wilnem dalekie obszary po Mińsk ,Koszedary, Wiłkomierz. Trzeba było działać szybko i rozsądnie, postępowanie Niemców było podobne jak w czasie budowy Krzyża Powstańców, Trzech Krzyży. Pozwalali, a raczej zamykali oczy, gdy nie mieli innego wyjścia, dbając wyłącznie o swoją skórę, gotowi w każdej chwili przybrać inną postawę. Ustalono wreszcie, że 5 1 1919 roku Niemcy opuszczą Wilno. Ludność wileńska uznała, że nadszedł odpowiedni moment. 29 12 1918 roku rozwiązano Samoobronę Wileńską, jako organizację cywilną i ogłoszono mobilizację mężczyzn od lat 17 do regularnych oddziałów wojska.

Do Wiwulskiego mówiono: "Pan nie ma prawa wstępować do wojska, gdyż rozpoczął pan stawiać kościół, a kto go skończy?" Odpowiedział "Jeśli Bóg uzna mnie za godnego, nie zginę, a jeśli się znajdzie godniejszy, to na cóż mam życie oszczędzać". Otrzymał zadanie patrolowania rejonu Zarzecza, w pobliżu dziś nieistniejącego Krzyża, umieszczonego w małej kapliczce po środku ulicy. Miejsce to jest mi dobrze znane. Tędy wiodła moja codzienna droga ze szkoły do domu, a dziś prowadzi mnie tylko na cmentarz bernardyński, gdzie od dwóch lat spoczęła moja Siostra Ludwika, wśród grona naszych przodków. Krzyż stał pod wspinającą się do góry ulicą Zarzeczną tak stromo, że konie z trudem wciągały na wzniesienie przy kościele św. Bartłomieja ciężkie wozy. Patrolowanie tego miejsca było w tych dniach ważne z dwóch powodów. Tuż przy Krzyżu, w domu nr 5 mieściła się kwatera samoobrony i tu należało oczekiwać odgłosów zbliżającej się do Wilna walki w dniach 3-im i 4-ym stycznia od strony Nowej Wilejki.

Wiał zimny, przenikliwy wiatr od Wilenki, wciskający się od rzeki wylotami trzech ulic: Młynowej, Zarzecznej i Popławskiej. Najbardziej dokuczał chłód w tę mroźną styczniową noc. Temu wojsku tylko z nazwy, brakowało wszystkiego. Nie tylko że nie byli umundurowani, większość nie miała własnego ciepłego cywilnego ubrania. Widok jednego z żołnierzy budził największe politowanie, któremu nie mógł oprzeć się Wiwulski. Ściągnął ze swoich ramion płaszcz i okrył nim biedaka. Losów tamtego żołnierza nie znamy, Wiwulskiego zaś wkrótce opanowała silna gorączka. Musiał opuścić posterunek i ostatkami sił dowlókł się do pałacu Honesti. Było to 3-go stycznia. Sytuacja w Wilnie zmieniła się. 5-go stycznia oddziały Samoobrony, które jeszcze nie zdążyły przeistoczyć się w regularne jednostki wojskowe, musiały opuścić miasto. 6 1 1919 r. w Wace Białej i Tyszkiewiczowskiej zostały one ostatecznie rozwiązane, kończąc historię I-ej Samoobrony Wileńskiej. Żołnierze, którzy nie weszli w skład oddziału, operującego dalej na Kresach, udali się w większości koleją w Łomżyńskie do formującej się Dywizji Litewsko - Białoruskiej zasilając ją 300 ludźmi. Niektórzy trafili ze względu na swój stan do szpitala, gdzie pokaźna liczba zmarła w większości przypadków na zapalenie płuc, którego nabawili się, podobnie jak Wiwulski, w służbie wileńskiej. Zdrowi wraz z Dywizją powrócili za niespełna dwa lata do Wilna, aby tam pozostać na lat dziewiętnaście. Miasto jednak było pozbawione znaków narodowych przez okres krótszy. Pojawiły się one znowu po czterech miesiącach, w Wielką Sobotę i pozostawały przez nieco ponad jeden rok.

Jak pisze Paderewski - 3-go stycznia Wiwulski zapadł na obustronne zapalenie płuc. Ukryto go w zmienionej w Wilnie sytuacji na przedmieściu, w Zakrecie. Wieść o chorobie ulubionego przez wszystkich artysty obiegła całe miasto, wywołując szczery niepokój o jednego człowieka w chwili, gdy wszyscy mieszkańcy nie byli pewni swego losu. Lekarze dzień i noc czuwali przy łożu chorego, a ksiądz Lubianiec nie odstępował od swego przyjaciela. Pomimo ciężkiego i beznadziejnego stanu, pogoda ducha nie opuszczała Wiwulskiego, tak jak to było przez całe jego życie. Był wesół, śmiał się i pobudzał lekarzy do śmiechu. Zmarł 10-go stycznia 1919 roku, jako bohater Samoobrony Wileńskiej. Mówiono powszechnie "zmarł Święty". W pogrzebie wzięły udział ogromne tłumy.

Mimo nieucichłej jeszcze wojennej zawieruchy i kraju z granicami wciąż jeszcze wewnątrz jego terytorium, wieść o śmierci Wiwulskiego dosięgła wszystkich Polaków, świadcząc o jego popularności. Kult artysty zaczął się szerzyć wraz z jego śmiercią. Z wielką gorliwością, niemal z nabożeństwem zaczęto gromadzić pozostałe po nim pamiątki do założonego w Wilnie Muzeum imienia Antoniego Wiwulskiego. W roku 1922 przybyły z Paryża sędziwy, 84-letni Władysław Mickiewicz, syn Wieszcza Narodu, złożył na Grobie Wiwulskiego wiązankę chryzantem. -Teraz stojąc nad mogiłą tak biedną i wzruszającą mógł słowa modlitwy wyrazić pytaniem: "Czyś Chryste zrezygnował z tej dla twego Serca napoczętej Świątyni i przeznaczył ją na Grobowiec Wiwulskiemu?" - Grobowiec też trzeba było dokończyć, a nikt tego nie dokonał, ponieważ wolą Najwyższego było, aby obraz świątyni i grobowca jej Twórcy w sercach kochających Ojczyznę Rodaków, a nie w murach się utrwalił. Obejrzał Władysław Mickiewicz ostatnie pamiątki po Wiwulskim, znalezione w kieszeniach jego ubrania, w którym wrócił ze śmiertelną gorączką z wojennego posterunku. Był to kawał czarnego chleba, 20 kopiejek, obrazek Najświętszego Serca Jezusowego, różaniec i własnoręcznie zapisana karteczka z sentencjami św. Teresy: "Nie smuć się niczem- Nie drżyj przed złej doli biczem - Wszystko to pył - Bóg jest niezmienny - A cel twój promienny - Zdążaj wytrwale co sił - W kim Bóg siedlisko - obrał na wszystko - Ten będzie .... żył." Mówiono, że oprócz tych przedmiotów Wiwulski miał bardzo niewiele z ziemskiego majątku. Żył do końca w biedzie, podobnie jak na początku swej działalności artystycznej.

Po wieloletniej przerwie, niestety już gdy pomruki 2-ej wojny światowej były coraz bardziej słyszane i zbliżały się do granic Polski, w roku 1937 ówczesny wileński arcybiskup metropolita Romuald Jałbrzykowski z wielką energią podjął inicjatywę wszczęcia prac zmierzających do ukończenia kościoła Serca Jezusowego w Wilnie. Zostały one przerwane wybuchem 1-ej wojny światowej, w zakresie budowlanym.

- Gdy po wojnie, po wielu, bardzo wielu latach przyjechałem do Wilna, siostra powiedziała: "Kościół rozebrano. Nie potrafiliśmy go dokończyć, gdy to było możliwe". Tyle było wówczas miejsc do odwiedzania, często z koniecznością odtworzenia dawnego ich wyglądu, tyle było zmian nie tylko w nich, ale i w twarzach żyjących jeszcze rodziców, że nic nie pomyślałem o Wiwulskim, ani gdzie jest teraz jego grób. Z pewnością na Rossie.

Zniszczenie dorobku życiowego Wiwulskiego wymaga głębszej refleksji niż tylko uproszczone traktowanie jako skutków rozpętanej wojny. W jakiś sposób staje się ono konserwatywnym ogniwem w tragicznych kolejach losu artysty. Jako pierwszy pada pod toporem tylko co wzniesiony Krzyż na Górze Zamkowej. Kościół, który ma być największym dziełem całego życia, dumnie wznoszący się na horyzoncie Wilna, zaraz po wydźwignięciu się z łona ziemi pięknego miasta, obumiera nie nabierając kształtów zamierzonych przez budowniczego. Pozostaje do końca swego istnienia szkieletem ułomnego nieszczęśnika, od zarania oczekującego na dobicie. Pomnik Grunwaldzki w Krakowie niszczy szatańska nienawiść wroga. A potem przychodzi chwila, gdy wybuchem położonych min Trzy Krzyże wyniesione ku Niebu z rąk Stwórcy Najwyższego otrzymują koronę męczeństwa i rozsypują się prochem Wielkiego Popielca na głowę pokutującego miasta. W tym samym czasie padają strącone olbrzymie figury Świętych ze szczytu wileńskiej katedry. Ten łoskot usłyszał zacny piewca Wilna- profesor Juliusz Kłos, spoczywający na Rossie i żałował bardzo, że pisał w swych książkach o tych posągach nad frontonem katedry, jako zbyt wielkich i sprzecznych z proporcjami dawnych Greków. Nie spodziewał się bowiem, że oprócz analizy artystycznej może być aż taki sposób rozprawiania się ze sztuką. - Pozostała po Wiwulskim tylko kaplica w niewielkim malowniczym Szydłowie na Żmudzi.

Ciekawa jest historia związana z nazwą ulicy Antoniego Wiwulskiego w Wilnie. Otóż w 1940 roku, gdy władze Litwy smetonowskiej zmieniały nazwy wielu ulic, rzeźbiarz litewski Petras Rimđa apelował, aby pozostawiono nazwę ulicy Wiwulskiego.

Dziś, pisząc pracę o Wiwulskim (na ulicy Wiwulskiego mieściło się gimnazjum im. Tadeusza Czackiego, do którego siostra uczęszczała) pragnę w dalszym ciągu wypełniać jej wolę służenia w miarę swych lat ludziom, żyjącym na naszej Ziemi Rodzinnej.

Tak czyniłem, przez przeszło czterdzieści lat piórem, będąc oddzielony granicami. - Niech to przypomnienie czcigodnej postaci Wiwulskiego będzie moją modlitwą za spokój duszy mojej siostry Ludwiki w drugą rocznicę jej śmierci.

Warszawa 1986.

Źródło:NCz. 2002.

Nasz Czas
 

Początek strony
JSN Boot template designed by JoomlaShine.com