…Henryk Sienkiewicz był pisarzem dla dzieci, które na zawsze zostają w nas i którymi my na zawsze zostajemy gdzieś w głębi naszych serc i w mrokach podświadomości. Stefan Żeromski był pisarzem dla młodzieży. Józef Mackiewicz jest pisarzem dla dorosłych, dla ludzi w wieku męskim, wieku klęski.
Marian Hemar. Tydzień Polski, 1966

Czesław Miłosz (1) PDF Drukuj Email
Autor: Elžbieta Morawiec   
Niedziela, 26 września 2010

WILNIANIE ZASŁUŻENI DLA LITWY, POLSKI, EUROPY I ŚWIATA

(1901 – 2004)

Elžbieta Morawiec

Kim był dla mnie Czesław Miłosz –
spokojny dotyk wiersza

 
Czesław Miłosz, Kraków 2001
fot. Judyta Papp
 
14 sierpnia 2004 roku w swoim krakowskim mieszkaniu, mając 93 lata umarł Czesław Miłosz. Dokonało się – życie długie, dramatyczne, zamknęło się dzieło bogate, jakiego literatura polska nie znała od stulecia. Kiedy umiera człowiek – odchodzi świat, ten poznany i ten, którego nie poznamy już nigdy. Że śmiercią Czesława Miłosza odeszły światy nieobjęte. Umarł na skrzyżowaniu dat niezwykłych: w 24. rocznicę wybuchu gdańskiego strajku, w 60-lecie Powstania Warszawskiego, w przededniu 90. rocznicy wymarszu I Kadrowej, w niecałe ćwierćwiecze od przyznania Mu literackiego Nobla. Ten układ rocznic niezwyczajny – uzmysławia nam, żyjącym, Kto odszedł. Dla geniuszy – nie ma wieku, ilekolwiek mają lat, zawsze umierają przedwcześnie.

Miłosz.... szumi i dźwięczy Jego wierszem XX-wieczna polska mowa. Nie tylko w Jego własnych wierszach, ale też i w tym, co językowi polskiemu przyswoił od czasów Kochanowskiego pierwszy tak doskonale, tak majestatycznie i powszednio zarazem: w Ewangelii wg Św. Marka, w Księdze Psalmów, w Księdze Hioba, w Apokalipsie Św. Jana. Chrześcijanin nieortodoksyjny, chrześcijanin wątpiący – językowi i duchowi polskiemu dał w tych księgach hieratyczność i zwykłość, wielkiego ducha i równą mu literę. Jego słowa z Psalmu: "Pan da siłę swojemu ludowi / Pan da swojemu ludowi błogosławieństwo pokoju" zostały odlane na pomniku poległych stoczniowców w Gdańsku, tym symbolu Polski wolnej, której i On był współtwórcą. Wygnaniec, tułacz z własnego wyboru, uciekinier z komunistycznej utopii, której wcześniej przez parę lat służył, spotwarzany z prawa i z lewa – powrócił na "ojczyzny łono", aby stanąć u narodzin nowej, po roku 1989 Polski.

Któż jak On był tego bardziej godzien?

* * *

Miłosz nie był z tych, co jak Baczyński, Gajcy, Stroiński i cały legion wspaniałej, warszawskiej młodzieży złożyli w walkach Powstania Warszawskiego ofiarę z własnego życia i talentów. Samotny, osobny, zbuntowany przeciwko wysiłkowi zbrojnemu, który uważał za bezsensowny, przeciwko Andrzeja Trzebińskiego idei "imperium, co powstanie, to tylko z naszej krwi." Oni mieli wielkie patriotyczne racje, dzięki ofierze ich życia Polska nie przemieniła się całkowicie pod sowiecką okupacją w 17. republikę.

Losem Miłosza było Słowo i Świadectwo. On miał być świadkiem szaleństw, okrucieństw a także piękna wieku XX. Za swoją osobność płacił ceny wysokie i – wstyd powiedzieć – jeszcze pośmiertnie je płaci.

W żenującym "przedstawieniu", jakie dali pospołu, jeszcze przed pogrzebem Poety – ludzie mali, mieniący się patriotami, katolikami, ludzie z jakichś samozwańczych "komitetów" do "obrony" Skałki przed pochówkiem największego z największych, jest zawarta in nuce okaleczała rzeczywistość polska. Trzeciorzędny pismak sprzymierza się z ex-komunistą i ubekiem, nad wszystkim unosi się błogosławieństwo radia i dziennika, mieniących się "patriotycznymi" i "katolickimi", a nagłaśnia to i komentuje wpływowa, lewicowa gazeta. Wstyd oblewa człowieka rumieńcem, kiedy słucha się przekleństw nad ciałem Poety, wygłaszanych w imię obrony chrześcijaństwa i patriotycznych wartości. Płomień nienawiści pełza po bagnie, błędny ognik – prowadzący donikąd. Wierzę i ufam, że światło tej wielkiej poezji jest nadeń silniejsze. Że Pan da mądrość i błogosławieństwo pokoju swojemu ludowi.

* * *

Nie zawsze i nie we wszystkim zgadzałam się ze zmarłym Poetą, czemu dawałam wyraz w publikacjach, w dyskusjach na publicznym forum – za   J e g o   ż y c i a.   Mówić dziś o tym – nie czas i z racji chwili i z tej racji, że wielkość Miłosza-Poety przerosła wszelkie pretensje, jakie można by żywić wobec Miłosza-publicysty. Ogarnął nas wszystkich – małych i wielkich płaszczem swojego słowa, zawarł w doświadczeniu najgłębiej osobistym historię wieku XX, historię kraju języka lat dziecinnych, Polski i Litwy rodzinnej, małego człowieczka ubrał w szaty bohatera historii i znalazł dla niego miejsce w metafizycznym planie dziejów. Wadził się z Polską i z Bogiem? A któż z naprawdę wielkich w naszej kulturze się nie wadził? Mickiewicz może, Słowacki, Norwid? Spór wiedli z Miłoszem także najwybitniejsi pisarze polscy: Zbigniew Herbert, Gustaw Herling-Grudziński, Jan Józef Szczepański. Istota tego sporu nie wygasła i z pewnością uczciwi i sumienni badacze powrócą do niego, gdy przyjdzie ogarnąć całokształt puścizny Miłosza. Tymczasem niechże już zamilkną głosy nienawistne. Wsłuchajmy się w strofy Miłoszowego Walca (z tomu Ocalenie, 1945), z zamkniętą w nich wizją losu człowieka XX-wiecznego, z refrenem-ukojeniem:

Do chat drogą mleczną noc letnia podchodzi

I psami w olszynach zanosi się wieś.

* * *

Czesława Miłosza poznałam korespondencyjnie, przez pośrednictwo już nieżyjącej Profesor Ireny Sławińskiej, "wilniuczki" z KUL-u, Jego koleżanki lat młodych. Przeczytałam, dzięki Niej, Ziemię Ulro i, uzyskawszy od Pani Profesor amerykański adres napisałam do Poety w r. 1977. Już nie pamiętam dobrze, co mnie wtedy bardziej w tym tomie olśniło: swedenborgianizmy Miłosza czy jego niezwykła apologia Pana Tadeusza. Jako poematu   m e t a f i z y c z n e g o.   Wrażliwość duchowa Miłosza, znad tej samej Willi i Niemna, domowych rzek Mickiewicza, ukazała mi nagle, że narodowy epos to nie tylko wyraz nostalgii tułacza, ale wniebowzięcie "kraju lat dziecinnych". I do dziś myślę, że z tym kluczem idąc, nigdy się w Miłoszowej "Litwie, ojczyźnie", ojczyźnie-polszczyźnie naszej – nie pobłądzi.

Następstwem mojego entuzjastycznego listu do Berkeley była odpowiedź Poety. Jakże skromna i ucieszona reakcją, bądź co bądź, całkowicie anonimowej czytelniczki. Ten list zaginął mi, niestety. Tak się tu i tam nim chwaliłam aż go sobie ktoś przywłaszczył. Niechże mu służy. A kiedy jako kierownik literacki Teatru Polskiego we Wrocławiu, poprosiłam Miłosza o zgodę na tłumaczenie jego eseju o Krasińskim (w związku z przygotowywaną przez Jerzego Grzegorzewskiego premierą Nie-Boskiej komedii), zgodę tę uzyskałam i mój przekład znalazł się w programie teatralnym.

A potem była euforia Nagrody Nobla, szalone dni i wieczory w Sztokholmie w grudniu 1980. Z Polski, już solidarnościowej, ale jeszcze niezupełnie wolnej, niewiele tam osób było. Stefan Kisielewski, wspomniana profesor Sławińska, Aleksander Fiut, Andrzej Biernacki i ja. (Z paszportem "służbowym", ale za pieniądze własne). Z emigracji pamiętam: ks. Zenona Modzelewskiego, Danutę Szumską, Tadeusza Nowakowskiego, Andrzeja Stypułkowskiego i liczne postacie, nieznane mi, przedstawicieli rządu londyńskiego.To był zupełnie niesłychany – a jeszcześmy wtedy nie byli całkowicie tego świadomi – powiew wolności nad Europą, nad światem. Dla Polski drugi – od wyboru Jana Pawła II. Powiew dwu wiatrów, z dwu stron świata do zimowego Sztokholmu: z Gdańska "Solidarności" i z poetyckiej samotni nad Zatoką San Francisco. Najlepsza Polska objęła wtedy swoim uściskiem cały świat. "Polska przemienionych kołodziejów" Norwida.

W mowie Noblowskiej Czesław Miłosz był doskonale świadom niezwykłości tego zakrętu dziejów. Dwa wątki: XX-wieczne przekleństwo wygnania i taż XX-wieczna zbrodnia totalitaryzmów obecne były w jego wystąpieniu . A także świadectwo dane tragizmowi historii Polski w żelaznych kleszczach czerwonego i brunatnego. Mówił wtedy m.in., a słuchał Go cały cywilizowany świat, i my, tam obecni, ze ściśniętym gardłem (cytat będzie długi):

"Dla poety z »innej Europy«, wydarzenia obejmowane nazwą the Holocaust, są rzeczywistością tak bliską w czasie, że może on próbować uwolnić się od ich stałej obecności w jego wyobraźni chyba tylko tłumacząc Psalmy Dawida. Czuję jednak lęk, kiedy znaczenie tego wyrazu ulega stopniowo przekształceniom, tak że wyraz ten zaczyna należeć tylko do historii Żydów, tak jakby ofiarą zbrodni nie padły także miliony Polaków, Rosjan, Ukraińców i więźniów innych narodowości.. Czuję lęk dlatego, że jest w tym jakby zapowiedź jutra, kiedy z historii zostanie to tylko, co ukaże się na ekranie telewizora, natomiast prawda, jako zbyt skomplikowana, zostanie pogrzebana w archiwach, zostanie unicestwiona. (...) Unoszeni przez ruch technologicznej przemiany, wiemy, że zaczęło się jednoczenie naszej planety i przywiązujemy wagę do międzynarodowej wspólnoty. Daty utworzenia Ligi Narodów i następnie Organizacji Narodów Zjednoczonych zasługują na to, żeby je pamiętać. Niestety,   t r a c ą   w a g ę   w   p o r ó w n a n i u   z inną datą, która powinna być obchodzona co roku jako dzień żałoby, podczas gdy młode pokolenia o niej nie usłyszą. Jest to   d z i e ń   2 3   s i e r p n i a   1939 roku. Dwaj dyktatorzy zawarli wtedy umowę zaopatrzona w tajną klauzulę o rozdziale między siebie sąsiednich krajów, mających własne rządy, stolice i parlamenty. Oznaczało to nie tylko rozpętanie straszliwej wojny. Wprowadzona znów została kolonialna zasada, w myśl której narody nie są niczym innym niż trzodą kupowaną, sprzedawaną, całkowicie zależną o woli każdorazowego właściciela." (podkr. moje – EM).

W tej samej mowie zapisał jeszcze w pamięci świata katyńskie męczeństwo Polaków, wymieniając z nazwiska dwu poetów, ofiar Katynia: Władysława Sebyły i Lecha Piwowara.

Tak wtedy mówił Czesław Miłosz. Dziś, jak sądzę, te natchnione słowa, mogłyby się znaleźć – ku przestrodze – w preambule Europejskiej Konstytucji, a powinny – w historycznej pamięci krajów Europy wschodniej, postsowieckiej, z Polską na czele.

A kiedy, 16 grudnia 1980 wracaliśmy promem ze Sztokholmu, w Gdańsku trwała uroczystość odsłaniania Pomnika poległych stoczniowców, na którym zapisano Jego słowa.

Ale były w Sztokholmie i momenty mniej uroczyste – np. ulubiony "spektakl min" Miłosza, w Noblowskiej Bibliotece, wykonany w niezapomnianym duecie ze Stefanem Kisielewskim.

Nie mogę sobie darować, że posłuszna nakazom profesor Sławińskiej nie pozostałam do końca na bankiecie z udziałem Noblistów i szwedzkiego króla, w sztokholmskim Ratuszu (argument był nie do odparcia: "do Siostrzyczek nie wypada wracać tak późno"). I tak to szansa tańca z Poetą bezpowrotnie uleciała... Może i dlatego Walc pozostanie jednym z moich najulubieńszych wierszy?.

Był też poranek w Bibliotece Karolińskiej w Uppsali (zaowocował później bibliofilskim drukiem wydanym przez Bromberga, z facsimile rękopisów Miłosza, obejmującym 4 wiersze, pt. Fyra Dikter). Znalazły się tam: Dar ("Gavan"), Tak mało ("Så lite"), W mojej ojczyźnie ("I mitt fosterland"), Widok ("Utsikten").

Na koniec, po którejś całodziennej bieganinie w pogoni i w wyczekiwaniu na Poetę nadszedł moment, kiedy Czesław Miłosz powiedział: "teraz Elżbieta Morawiec". Bodajże w Royal Hotel w Sztokholmie nagrałam z nim wywiad (ukazał się w Polityce 3/1981, pt. "Nie chcę być zbyt głęboki"). Potem, w pokoju hotelowym, wśród pakowania walizek, z Aleksandrem Fiutem i synem Poety, Tonym, coraz bardziej nerwowo przypominającym Ojcu o dniu jutrzejszym, spędziliśmy parę godzin rozkosznej pogawędki, przy whisky, hojnie nam serwowanej. Nie dziwota, że poza niezapomnianym śmiechem Miłosza (śmiał się naprawdę – do samych trzewi), niewiele z tego wieczoru-nocy pamiętam. Ale jedną anegdotę, owszem. Komentując, nie pamiętam już wedle czyich słów (i jakby ironizując na temat Nobla własnego) Miłosz powiedział o Rabindranacie Tagore: "Cóż to za Noblista, z prześcieradłem na głowie"? Z Olkiem Fiutem wracaliśmy wtedy do "domów" w Sztokholmie, pieszo przez nocne miasto (komunikacji już nie było), w euforii, bynajmniej nie alkoholowej.

I jeszcze wątek osobisty, niech tu będzie obecny – nie jako świadectwo snobizmu, ale prostej ludzkiej wdzięczności. Ledwo mnie znając (ot, parę listów anonimowej czytelniczki, potem wspomniany wywiad w Sztokholmie), Miłosz przez cały stan wojenny wspomagał mnie paczkami żywnościowymi.To nie jest przejaw mojej pychy, to świadectwo jak wspaniałomyślnym, szczodrym z serca był człowiekiem. A wyrażało się to przede wszystkim w tym, ile ze swoich darów tłumacza oddał polskiej poezji współczesnej, przygotowując antologię amerykańską Postwar Polish Poetry, przyswajając światu anglojęzycznemu Różewicza, Herberta, Świrszczyńską, Grochowiaka, Szymborską, Zagajewskiego i wielu, wielu innych. Dla wszystkich, których spotkał – był darem. Wielu nie zaistniałoby poza Polską – bez Niego.

* * *

Zamyka w dziejach literatury polskiej stulecie prawie. Stulecie, które powinniśmy opłakiwać, bo oświetlał je, dla naszych dziadków, rodziców jeszcze, blask Rzeczypospolitej wielonarodowej, z litewskim matecznikiem jako cząstką młodego państwa polskiego. Z mitycznym Wilnem, miastem, gdzie współżyli ze sobą zgodnie – Polacy i Litwini, Białorusini, Żydzi, Karaimi, z Wilnem – tą miniaturą dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów. To ostatni król z Jagiellonów tamtej Serenissimy wypowiedział pamiętne słowa: "Nie będę królem waszych sumień". Nieodrodny syn Wielkiego Księstwa Litewskiego Miłosz mógłby za nim te słowa powtórzyć.

Uświadomić to sobie trudno, uświadomić to sobie straszno: już   n i g d y   nie będzie poety, który ogarniałby pamięcią wielobarwny splot polskiej kultury, bo ten dawno obumarł, teraz ostatecznie – odchodzi, razem z Nim. Nie będzie już   n i k o g o,   kto polskim słowem objąłby całe tragiczne i wielkie, ponure i wspaniałe doświadczenie człowieka wieku dwudziestego.

Pamięcią narodów jest, wcale nie mniej niż doświadczenia zawarte w ludzkich dziejach jednostek i rodzin, pamięć wizjonerów – poetów i proroków. Kim bylibyśmy dziś, gdyby nie Mickiewicza, Słowackiego, Norwida mocowanie się z Polską i z Bogiem, bez katastroficznych wizji Witkacego? Kim będziemy, jeśli wyrzekniemy się Miłoszowych słów z wiersza Przedmowa (z tomu Ocalenie, 1945):

Czym jest poezja, która nie ocala
Narodów ani ludzi?
Wspólnictwem urzędowych kłamstw,
Piosenką pijaków, którym za chwilę ktoś poderżnie gardła,
Czytanką z panieńskiego pokoju.

Bez jego poematu Świat (poema naiwne), napisanego w najgłębszym mroku okupacji z tryptykiem wierszy najprostszych, jak skrzydła trójdzielnego ołtarza w nim zawartym – Wiara, Nadzieja, Miłość? Że Miłość tu tylko przypomnę:

Miłość to znaczy popatrzeć na siebie,
Tak jak się patrzy na obce nam rzeczy,
Bo jesteś tylko jedną z rzeczy wielu.
A kto tak patrzy, choć sam o tym nie wie,
Ze zmartwień różnych serce swoje leczy,
Ptak mu i drzewo mówią: przyjacielu.
Wtedy i siebie, i rzeczy chce użyć,
Żeby stanęły w wypełnienia łunie,
To nic, że czasem nie wie, czemu służyć:
Nie ten najlepiej służy, kto rozumie.

Kim będziemy wymazując z pamięci zbiorowej Campo di Fiori i przejmującą Kołysankę, o bitwie nad Stochodem i apostrofę z Traktatu moralnego :

Lawina bieg od tego zmienia
Po jakich toczy się kamieniach.
Nie mów, że ma to być ktoś inny
Możesz – więc wpłyń na bieg lawiny.

Tak, tę ostatnią pisał, jak chcą nienawistnicy, "sługus reżimu", w roku 1947.

Sam zmieniał bieg tej lawiny. Czy ją zmienił? Może – w oczach świata, a i to niepewne, tak jak niepewna, nieistniejąca w tych oczach jest wciąż jeszcze dziś – polska ofiara II wojny. Ale najgorsze, że biegu lawiny nie zmienił w umysłach niektórych rodaków. Lawiny pseudopatriotyzmu i stereotypów, ludzi, którzy po wiek wieków będą uważać, że tytułem do chwały narodu jest tylko przelana krew, nie zaś słowa mądrości poetów. Norwidowe: "każdy czyn za wcześnie, każda książka za późno" – nadal nic nie znaczą dla pewnych środowisk.

Starożytni uważali, mając za sobą i tragedie, i komedie, i satyrowy dramat, że naród (plemię) niezdolny do szyderstwa z samego siebie – jest słaby, do życia niezdolny. Ta idea nigdy do sarmackich dziedziców kultury Europy, mieniących się jedynymi obrońcami polskości – nie dotarła. Jakby męstwo wyobraźni i dzielność buntu nigdy nie były tutaj, nad Wisłą, w cenie. Czy patriotyzm i katolicyzm, zaprawione nienawiścią, zasługują jeszcze na swoje miano?

Kulturowa pamięć Miłosza jest przeogromna, niezwykła jego uważność, z jaką w poezji pochyla się nad każdym ludzkim istnieniem: skromnych, nieznanych nikomu Ann i Alżbiet Janin, ich pracą i troskami, kształtem ich życia i sukien – po najdrobniejszą haftkę w gorsecie. Maluje pejzaże rodzinnej Litwy (W mojej ojczyźnie, 1937), Warszawy okupacyjnej. Z biegiem lat i wędrówek po świecie ta wielka rzeka pamięci wzbiera pejzażami francuskimi i amerykańskimi. Miłosz obdarowuje nas w swojej poezji światem. Uważny podróżnik i słuchacz wielu krain poetyckich wzbogacił poezję polską o mistykę gnostycką (tom Hymn o perle), o ducha haiku i dalekowschodniej obiektywistycznej prostoty języka, o "reporterskie" natchnienia Waltera Whitmana i metafizyczną głębię powszedniości T. S. Eliota.

Był to cud nad cudy: jak Picasso w malarstwie, Miłosz w poezji zbierał doświadczenia różne, nigdy jednak nie pozostając, jak francuski malarz, ich niewolnikiem, przetapiał je w tyglu swojej osobowości tak, że lśniły najczystszym złotem, nosząc tylko Jego piętno na sobie. A wszystko, ofiarowane polskiej kulturze, wypowiedziane w "mojej wiernej mowie". Czystość poetyckiego wzruszenia, przełożona na spokojną elegancję formy wyrazu Miłosza nie mają sobie równych w historii poezji polskiej. Może u Kochanowskiego, może u Mickiewicza, którego był wielkim czcicielem, widząc w losie własnym powtórkę historii pierwszego wieszcza Polaków. Ale i z Mickiewiczem miał swoje "sprawy", jak i z całym mesjańskim romantyzmem; w narodowym Wieszczu cenił przede wszystkim jego klasycystyczne dziedzictwo – stąd kult Pana Tadeusza nad Dziady wyniesionego. Był wszakże świadom "przekleństwa" romantyzmu, pisząc o tym w swoich esejach, pisząc w jednym z listów do mnie (luty 1982):

"A co do uczuć, to przystoi Księga Hioba, ale w połączeniu z dytyrambicznością, bo taka jest prawda życia u niepoprawnego w swoich sprzecznościach poety. (...) Co mnie we wszystkim zdumiewa to większa niż kiedykolwiek się spodziewałem powtarzalność historii. Choć źle się wyrażam, buntowałem się przeciwko niej, nie chcąc jej uznać. Czyżby polscy romantycy pracowali niejako i na wstecz – wyciągając esencje z dotychczasowych przeznaczeń i na przyszłość. Jak z tym poradzić, jakie to dziwne koło dla rzekomo wyzwolonych."
Był przeciwko romantyzmowi, jak i przeciw całemu histerycznie subiektywnemu nurtowi poezji współczesnej, nieustannie poszukując "wędzidła" formy dla uczuć wielorakich i sprzecznych, co do tego nie ma wątpliwości, jakie w Nim z sobą walczyły.

Nie bardzo lubił Norwida, zbyt Mu się wydawał "Lechitą", zbyt jednoznacznym, nie naznaczonym doświadczeniem grzechu, chrześcijaninem. Ale bez wątpienia z Norwidem łączyło go jedno – kult pracy. Norwid i praktyką poetycką i pamiętną sentencją z Promethidiona miał pracę, w tak niskiej cenie u nas, Polaków, za wartość nad wartościami. Czesław Miłosz deklaracji unikał, ale życie pracą było Mu codziennością. Świadom, że dar talentu jest tajemnicą Boga, że "dajmonionowi" trzeba dług spłacić własnym wysiłkiem. "Omne dies sine linea": wczesne wstawanie codzienne do roboty nad słowem – tym było przede wszystkim życie poety, do dni "przedostatnich". Aby „rzeczy stanęły w przeznaczenia łunie” wyważone w swoim bycie, mimo klęsk i rozpaczy, wielkiego cierpienia, którego w życiu Miłosza nie brakowało. O tych bólach osobistych, po męsku w poezji i w życiu milczał. A można by z nich naprawdę spisać małą Księgę Hioba.

* * *
Dytyrambiczność.. Zwykł o sobie pisać i mawiać jako o "ekstatycznym pesymiście". Tak było od początku – od pierwszego katastroficznego tomu Trzy zimy (1936), prawie zawsze najpogodniejsze jego wiersze przeszywała ciemna nuta: Unde malum, skąd zło? Nie miał złudzeń ani co własnej, ani ludzkiej natury w ogóle. Chłostał się nieustannie – w wierszach i esejach – za pychę i inne przywary. Rzec można – nieustannie odbywał spowiedź z niedoskonałości swojego człowieczeństwa przed światem. W najlepszym sensie tego słowa – łakomy na życie i jako człowiek, i jako poeta, wędrujący wśród Edenów i Piekieł, pięknu zwycięskiemu nad bólem dał pierwsze miejsce w swojej poezji. Nie ma i nigdy już nie będzie w języku i poezji polskiej doskonalszej pochwały szczęścia niż Miłoszowy

Dar

Dzień taki szczęśliwy.
Mgła opadła wcześnie, pracowałem w ogrodzie.
Kolibry przystawały nad kwiatem kaprifolium.
Nie było na ziemi rzeczy, którą chciałbym mieć.
Nie znałem nikogo, komu warto byłoby zazdrościć.
Co przydarzyło się złego, zapomniałem.
Nie wstydziłem się myśleć, że byłem kim jestem.
Nie czułem w ciele żadnego bólu.
Prostując się, widziałem niebieskie morze i żagle.

Berkeley, 1971

Nie będzie też piękniejszego opłakiwania zmarłej niż to, które zawarł sędziwy już, 91-letni poeta, po śmierci drugiej żony, Carol, w wierszu Orfeusz i Eurydyka (2002).

To życie, uważne na rytm świata, płynęło we wsłuchaniu się w głos mądrości wewnętrznej, zgodnej ze słojami narastających lat. W r. 2000, 89-letni Poeta zadziwił nas zbiorem wierszy To. W tytułowym utworze starał się nazwać, nie nazywając, mądrze świadom nieogarnioności bytu, mimo wszystko – bytu tajemnicę, to nienazywalne i ponadludzkie, co wszakże tylko przed ludzkim istnieniem śmiertelnym jawi się jako mur. Pomieścił w tym zbiorze także Odę na 80 urodziny Jana Pawła II (drukowana wcześniej w Rzeczpospolitej) z absolutnie własną, nieklakierską puentą:

(...)

Jesteś z nami i odtąd zawsze będziesz z nami.
Kiedy odezwą się moce chaosu,
A posiadacze prawdy zamkną się w kościołach,
I jedynie wątpiący pozostaną wierni,
Twój portret w naszym domu co dzień nam przypomni,
Co może jeden człowiek, i jak działa świętość.

* * *

Nie jestem "Miłoszologiem", "profesorką od poezji" ani "badaczką owadzich nogów", jak ironicznie, za Gałczyńskim, zwykł mawiać Czesław Miłosz. Nie silę się na analizę całego dorobku Poety, bo to niemożliwe. Co piszę – jest wyznaniem osobistym, wyznaniem kogoś, komu poezja Miłosza jest potrzebna jak chleb i powietrze. Nie była mi "ocaleniem", jak ludziom z pokolenia ode mnie starszego, uczestnikom Powstania Warszawskiego – jak Marek Skwarnicki. Na to byłam za mała wiekiem Jest mi wszakże ocaleniem od lat wielu – w swojej czystości niebywałej, w spokojnym oddechu wiersza, we frazie, w której czuje się czuły dotyk, smak i zapach świata jak w wierszu z tomu Nieobjęta ziemia (1984):

Po wygnaniu

Już nie goń. Cicho. Jak miękko deszcz pada
Na dachy tego miasta. Jak wszystko jest
Doskonałe. Teraz, dla was obojga budzących się
W królewskim łożu, pod oknem mansardy.
Dla mężczyzny i kobiety. Albo dla jednej rośliny
Podzielonej na żeńskość i męskość, które tęskniły do siebie.
Tak, to mój podarunek. Nad popiołami.
Na gorzkiej, gorzkiej ziemi. Nad podziemnym
Echem wezwań i przysiąg. Abyście o poranku
Byli uważni: pochylenie głowy,
Ręka z grzebieniem, dwie twarze w lustrze
Są tylko raz, na zawsze. I niekoniecznie w pamięci.
Abyście byli uważni na to, co jest chociaż mija
I w każdej chwili wdzięczni, świętujący wszelkie istnienie.
Ten mały park, zielonawe popiersia z marmuru
W świetle perłowym, w letni drobny deszcz
Niech jak był kiedy pchnęliście furtkę zostanie.
I ulica wysokich zliszajonych bram,
Którą ta wasza miłość nagle przemieniła.

Każde poetyckie słowo Czesława Miłosza, pełne światła, zapachu, barw i smaku życia, bijące czystym blaskiem – ma moc przeciwstawienia się mrokom zła, nienawiści i nędzy tego świata.

Gdybym je wybierała – takie byłoby moje epitafium Poecie. Ale on sam, może wybrałby Jasności promieniste, w barokowy, zgrzebny jamb księdza Baki ubrane, z cytowanego już zbioru To (2000)?:

Jasności promieniste,
Niebiańskie rosy czyste,
Pomagajcie każdemu
Ziemi doznającemu.
Za niedosiężną zasłoną
Sens ziemskich spraw umieszczono.
Gonimy dopóki żywi,
Szczęśliwi i nieszczęśliwi.
To wiemy, że bieg się skończy
I rozłączone się złączy
W jedno, tak jak być miało:
Dusza i biedne ciało.

Elżbieta Morawiec

Nasz Czas