…Komuniści, jeszcze z doświadczenia wojny domowej wiedzą, że niczym tak się nie przyciąga i nie wiąże ze sobą nacjonalizmu, jak popieraniem jego nienawiści do innego narodu. Józef Mackiewicz. Zwycięstwo prowokacji, 1962

Wiesz, dlaczego dzwon głośny? Bo wewnątrz próżny. Ignacy Krasicki.

Pisząc w części I o panoszeniu się na Litwie i wobec Litwy polactwa z Polski, odnotowaliśmy, iż za minione lata wyhodowało ono sobie w naszym kraju partnera, którego wyrafinowane działania wycelowane są przede wszystkim w szkolnictwo oraz najbardziej bezbronną, wiekową część ludności polskiej na Litwie. W połączeniu z bezwzględnością i zerowym poziomem kultury oraz zakłamaniem do szpiku kości tworzy się zwielokrotniony prototyp „nauczycieli”, których autor „Polactwa” odnosi do kategorii półinteligentów, chamów, durniów i mętów.

2 stycznia br. na łamach „Rzeczpospolitej Rafał A. Ziemkiewicz zauważa, że Polska, jaką nam przez ostatnie dwie dekady zbudowano pod dyktando grup interesu wyrosłych z peerelu − zdeptanej, spustoszonej przez Stalina z Hitlerem i zbolszewizowanej kolonii − jest państwem, w którym brak sprawiedliwości stanowi zasadę ustrojową. Państwem, w którym o sukcesie, awansie i miejscu w hierarchii społecznej nie decydują zdolności, przedsiębiorczość, praca ani pożytek dla innych, ale przede wszystkim przynależność lub brak przynależności do grupy uprzywilejowanej, powiązania, znajomości, koneksje, układy. Obojętne, czy mówimy o biznesie, służbie publicznej, nauce, wolnych zawodach, tak zwanej kulturze czy innych dziedzinach. Jest zasadą, że protegowany zawsze wygrywa u nas z utalentowanym(…)

Na takim właśnie polactwie z Polski i jej rządach wzoruje się „nasze” litewskie polactwo.

Warto przy okazji zaznaczyć, iż proces formowania się rozpoczął się przed wielu laty, faktycznie z chwilą powołania warszawskiej „Wspólnoty”, przymiotnik „polska” w oficjalnej nazwie od lat przez nas nie jest używany, bowiem jest raczej urągowiskiem wobec polskich i ogólnoludzkich wartości,  kultury, wobec elementarnej porządności i uczciwości. To po objęciu stanowiska przez A. Stelmachowskiego i jego wspólnotowego otoczenia rozpoczęło się naginanie Konstytucji do potrzeb tej warszawskiej zorganizowanej wspólnoty, inwigilowanie i manipulowanie środowiskami Polaków na świecie, ukierunkowywanie ich, szczególnie na Wschodzie, nie na pracę, a  na prowokacje i walki w krajach zamieszkania. Komu tak naprawdę służy ta organizacja wyraźnie dowodzi przyjazd w sierpniu 1999 roku A. Stelmachowskiego do Wilna, aby  bronić Leona Jankielewicza, sekretarza KC zdelegalizowanej na Litwie komunistycznej partii Związku Sowieckiego,  który nigdy jakiejkolwiek działalności polonijnej nie prowadził. Próbowano przy tym wciągnąć do jego obrony nawet Polonię Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Nie skutecznie, na szczęście, tylko dzięki naszej interwencji. Dlatego następny na prośbę apel o łaskę dla sekretarza KC, opublikowany w „Gazecie Wyborczej”, a podpisany przez Marka Edelmana, Jerzego Giedrojcia, Jacka Kuronia, Adama Michnika, Jana Nowaka – Jeziorańskiego i Jana Widackiego przy braku poparcia ze strony Polonii wyglądał co najmniej żałośnie. Również  z warszawskiej „Wspólnoty” sterowano prowokacjami, aby rozbić środowisko polskie na Litwie i udzielano wsparcia działaczom Akcji Wyborczej, którzy napadali na legalny Związek Polaków, by pomóc „Wspólnocie” ukryć wielomilionowe nadużycia przy budowie Domu Polskiego w Wilnie. Przykłady można mnożyć i mnożyć, a pracujący tam nadal „dla dobra Polaków” malwersanci i prowokatorzy jedynie dowodzą, że prowokacji wobec środowisk polskich w krajach ich zamieszkania należy oczekiwać również w przyszłości.

Niestety – tacy ludzie działali i będą działać w otoczeniu sobie podobnych, takimi się będą otaczać i takimi się będą wspierać. Zresztą odpowiedź na to, po co powstała warszawska „Wspólnota” i kto ją kierował można bez większego trudu odnaleźć między wierszami dzieła „Lech Wałęsa a SB. Przyczynek do biografii”.

Na szczęście w tej sprawie przejrzeliśmy na oczy przed ponad dziesięciu laty, co pozwoliło po części uratować część środowiska Polaków na Litwie przed zniwelowaniem do poziomu agentów tej warszawskiej zorganizowanej grupy. I może nie warto by było o nich dziś wspominać, gdyby nie to, że ich prowokacje, ich wspieranie skrajnie antylitewskich elementów, ich poparcie dla oszczerców, dla tych, co okradają i okłamują  ludność polską na Litwie – wpływa na losy każdego i wszystkich, formując trwałe negatywne stereotypy o litewskich Polakach, utrudniając starty i drogi życiowe każdemu Polakowi na Litwie niezależnie od tego, czy zeszedł do poziomu i utożsamia się z polactwem czy też zachował własną godność i niezależność myślenia.  Co gorzej – wzorując się na popieranych liderach Akcji Wyborczej część młodzieży, która, nie mając jeszcze ugruntowanego moralnego kręgosłupa, będzie uważała, że kłamać, oszukiwać, prowokować, być antypaństwowcem i antyobywatelem, anty- Litwinem jest w porządku, nie doceniając, iż na kłamstwie i nienawiści nie  zbuduje żadnej przyszłości. Dlatego nikomu innemu, a właśnie nam, Polakom litewskim, trzeba przedstawiać światu rzeczywiste fakty, rzeczywiste krzywdy i krzywdzicieli, metody działania Akcji Wyborczej oraz osób ją wspierających. Właśnie dziś, kiedy fala zakłamania i prowokacji wobec nas i Litwy z udziałem europarlamentarzystów przybrała dotąd niespotykany poziom. Zresztą ostatnia imitacja w Wilnie konferencji na temat praw mniejszości narodowej, mając na uwadze ludność polską, była dalszym ciągiem trwającej prowokacji, gdzie twierdzono, że „ Litwa położenie polskiej mniejszości narodowej stale pogarsza i zawęża.. i że niezależnie od politycznej przynależności ekip rządzących, niezmiennym pozostaje negatywny stosunek do mniejszości narodowych”.

Powiedzmy publicznie i otwarcie, iż jest to kłamstwo, a sztuczne nagniatanie napięcia wokół tematów, które narzuca ludności  lider Akcji Wyborczej i sterujące nim osoby, jest naszym zdaniem związane z tym, że coraz więcej ludzi zaczyna rozumieć cały fałsz tych poczynań, korzyści, które z tego od lat czerpie lider Akcji, jego najbliższa rodzina i otaczająca go sowiecko – kołchozowa nomenklatura oraz to, że odpowiedzialność za jego prowokacje będzie co raz trudniej przerzucać na wszystkich Bogu ducha winnych litewskich Polaków. I dlatego właśnie musi być coraz głośniej, coraz więcej zamętu, aby rozemocjonowane społeczeństwo nie dostrzegałoby  najbardziej oczywistych faktów.

Za przeciągające się lata prowokacji, nadużyć i zakłamania, faktyczne poczynania działaczy Akcji można poznać tylko wówczas, gdy się nauczy „rozszyfrowywać” ich informacje jako chorego umysłu – jeżeli krzyczą, że ktoś „rozkrada” ziemię, znaczy, że oni w tym biorą bezpośredni udział, jeżeli mówią, że polskie szkolnictwo jest prześladowane, jasne, że oni szkołom żyć i pracować nie dają, jeżeli mówią o naruszeniach praw człowieka i obywatela, znaczy, że gnoją ludność na terenie przez nich  zarządzanym, odcinając ją od świata, aby  nie zrozumiała, że ludzie mają prawo na inne, godne życie.

A więc po raz kolejny zacznijmy  od tematu zwrotu ziemi, będącego przez wiele lat i do niedawna głównym dowodem rzekomej winy Litwinów wobec ludności polskiej. Co prawda temat jest ostatnio coraz bardziej wyciszany, bo u każdego zdrowego na umyśle po prawie dwudziestu latach większościowej władzy Akcji w rejonach wileńskim i solecznickim ciśnie się na usta pytanie, dlaczego wymienione samorządy, rządzone przez działaczy Akcji, w odróżnieniu od samorządów, rządzonych przez Litwinów, nie wywiązały się ze swoich ustawowych obowiązków i wyborczych obietnic w sprawie zwrotu ziemi i zabezpieczenia interesu ludności.

Zwrot znacjonalizowanej przez sowietów ziemi, jak wiadomo, zapoczątkowała Ustawa z dnia 18 czerwca 1991 roku. Na pierwszym etapie był to zwrot ziemi w naturze tym, którzy na niej „siedzieli”, oraz tym, co to nie mieli problemów z dokumentami, potwierdzającymi prawo do własności, w odróżnieniu od  prawa własności do ziemi „w sznurach”, jako pozostałości zaniedbań na Ziemi Wileńskiej z okresu międzywojennego. 1 lipca 1997 roku Sejm RL uchwalił uzupełnienie powyższej Ustawy, a Rząd Uchwałą nr 1057 z dnia 29 września 1997 roku przewidział tryb wykonania Ustawy, zakładając w p. 106, iż przygotowywane projekty lokalnych planów zwrotu ziemi (dotyczyło to również  przenosin prawa własności z innych rejonów) powinny być publicznie omawianie w starostwach z udziałem obywateli i przedstawicieli samorządu z prawem faktycznego ich wetowania. 19 września 2002 roku Rząd postanowieniem nr 1475 rozwinął p. 106, jeszcze bardziej uzależniając losy przygotowanego projektu planu zwrotu ziemi od opinii władz samorządu poprzez ich parafowanie podpisem i pieczęcią mera bądź administratora samorządu. „Szczęśliwie się złożyło”, że przez wszystkie te lata, aż do roku 2008, na takie a nie inne projekty planów wyrażał zgodę administrator samorządu rejonu wileńskiego -  na co dzień – wuj lidera Akcji Wyborczej, a w czasach sowieckich  – wieloletni pracownik sławetnego więzienia na Łukiszkach. Czyli sprawa zwrotu ziemi w rejonie wileńskim cały czas była dosłownie „w żelaznych” rękach rodziny. I za wszystkie te lata (dysponujemy informacją do wiosny roku 2007) samorząd parafował wszystkie bez wyjątku przedstawione projekty. Co więcej – przez wiele lat w powiecie, instytucji zatwierdzającej przedstawiane plany projektów, na stanowisku bezpośrednio podejmującej decyzje o losach planów  pracowała osoba, oddelegowana, w ramach koalicji, przez Akcję Wyborczą. Co prawda, raczej nie spotykany okaz w skali Litwy, bo były partyjny koordynator sowieckich organów administracyjnych w Wilnie, w tym KGB.  Zapytajmy  więc wprost – jaki jeszcze rejon, jaka partia posiadała tak sprzyjające reformie rolnej warunki, gdyby ku temu była dobra wola? Dlatego adresatem krzyków o pomstę do nieba tych, co nie odzyskali ziemi bądź zostali zepchnięci na mniej korzystne tereny, powinni być nie bliżej nieokreśleni Litwini, którzy rzekomo ciemną nocą po kryjomu, bez wiedzy władz rejonu przenoszą swoją ziemię  do rejonu wileńskiego, a właśnie Akcja Wyborcza i jej lider z rodziną.

Co więcej, nawet po formalnym odzyskaniu  ziemi, ludność nie mogła w pełni dysponować własnością, bo władze samorządu rejonu wileńskiego, będące w rodzinnych żelaznych rękach, w odróżnieniu od innych rejonów na Litwie, przeciągały w nieskończoność zatwierdzanie generalnego planu rozwoju rejonu, w związku z czym została zmarnowana historyczna szansa bardzo wielu polskich rodzin na godne i dostatnie życie w przyszłości.  Bowiem na wygodnej sprzedaży części posiadanej ziemi, w celu poprawy swojej sytuacji materialnej  i zabezpieczenia przyszłości swoich dzieci w okresie minionej niezwykle korzystnej koniunktury,  mogli skorzystać jej właściciele w drodze „osobistej łaski”- za pozwoleniem władz samorządowych poprzez zmianę z rolnej na inną, czytaj – wyżej wymienionych. Ciekawe, że w minionym okresie wygórowanych cen na ziemię, z prawa „osobistej łaski” skorzystały głównie osoby skupujące ziemię lub te, które za zgodą samorządu, przeniosły ją do rejonu wileńskiego. I tylko w znikomym stopniu – miejscowa ludność. W roku 2008 gazeta „Laisvas laikrastis” przytoczyła fakt, iż W. Tomaszewski domagał się od pewnej instytucji, za prawodo nabycia działki ziemi sumy w proporcji – milion litów za hektar. Tę informację powtórzyło kilka innych pism. Mimo upływu czasu nikt tej informacji nie neguje, prokuratura jak dotychczas sprawy nie wszczęła. A trzeba wiedzieć, iż „aktu osobistej łaski” udzielono na skalę  tysięcy hektarów . Niestety próba uzyskania, zgodnie z prawem informacji o skali „aktów osobistej łaski” jak dotychczas nie była skuteczna.

Właśnie dlatego i przede wszystkim dlatego trzeba nowych i nowych tematów, aby coraz bardziej oddalać się od tematu zwrotu ziemi  i „aktów osobistej łaski” z tym związanych, aby móc, gdyby wynikła kryminalna odpowiedzialność za powyższe działania,  przedstawić je jako rzekomy akt rozprawy za działalność polityczną. Dlatego też widocznie w krzykach lidera o rzekomych prześladowaniach najwyraźniej odczuwa  się  paniczny strach, iż wcześniej czy później tajne może stać się jawnym.

O typowym szkodnictwie na rzecz miejscowej ludności świadczy niezwykle  wymownie inny przykład. 1 kwietnia 1998 roku Rząd RL przyjął Uchwałę nr 385, zobowiązując samorządy Litwy do przedstawienia własnych propozycji odnośnie zarezerwowania poszczególnych części brzegów rzek, jezior i innych zbiorników wodnych na potrzeby miejscowej ludności, wobec niebezpieczeństwa objęcia ich planami prywatyzacji. Z 56 samorządów Litwy swoje propozycje powiatom złożyło 55, z  wyjątkiem jednego – rejonu wileńskiego, rządzonego od wielu lat przez Akcję Wyborczą. Można się domyśleć, że brzegi zbiorników wodnych potrzebne były samym rejonowym władcom samorządowym oraz tym, którzy mogli niezwykle głęboko wyrazić wdzięczność za to, iż ich przyszła własność będzie graniczyła z brzegiem Wilii, Wilenki, Żejmiany, bądź malowniczego jeziora. Zresztą zastępca i przyjaciółka lidera Akcji, przybyła spoza Litwy i nie posiadająca prawa do zwrotu ziemi, szybko stała się posiadaczką wielu działek i domów w Wilnie i w rejonie wileńskim, w tym na brzegu Żejmiany, nie pozwalając korzystać miejscowym mieszkańcom nawet z przeciwległego od jej posiadłości brzegu. Równie szybko w posiadanie wielu działek weszli też inni działacze Akcji. Zresztą na wyliczenie tylko powszechnie znanych faktów i szczegółów – nie wystarczyłoby wołowej skóry.

Podobnie też z krokodylimi łzami działaczy Akcji, wylewanymi w sprawie problemu, związanego ze zwrotem ziemi w Wilnie. Rządząc w rejonie i współrządząc w koalicji w Wilnie aż się prosiło, o czym zresztą pisaliśmy niejednokrotnie, że trzeba część wolnych areałów w rejonie  zarezerwować na potrzeby zwrotu zabudowanej ziemi dla mieszkańców miasta Wilna, w większości Polaków. Niestety, parafowano projekty o przenoszeniu ziemi z bardziej odległych rejonów…

I kiedy dziś akcjonariusze wspominają o nieprawidłowościach  i nadużyciach przy zwrocie ziemi w rejonie wileńskim i w Wilnie na zasadzie „łapać złodzieja”, próbując na tym po raz kolejny zbijać kapitał polityczny – rodzi się pytanie, czy istnieją i obowiązują wśród tego typu ludzi jakiekolwiek moralne ostoje, nieprzekraczalne  granice zakłamania oraz  nadużywania władzy i zaufania ludności?

Całą prawdę o tym procesie ujęła przed kilku laty jednym zdaniem podenerwowana wioskowa kobieta, wyrwana z domu i przywieziona po raz kolejny pod Sejm według rozdzielnika, aby protestować przeciwko Litwinom,  którzy rzekomo ciemną nocą po kryjomu, bez wiedzy władz rejonu przenoszą swoją ziemię  do rejonu wileńskiego:

‘‘Tyle lat siedzo, nic dla ludzi nie robio, pijo i  żro po pełnej mordzie, sobie działek nabrali, a nam, jak durniam każo jechać pod Sejm i garła darć. I nie ma na ich żadnej cholery…’’  

Dziś trzeba uczciwie i bez niezdrowych narodowych ambicji otwarcie powiedzieć, że gdyby w rejonie wileńskim rządziliby rodowici Litwini – proces zwrotu ziemi w rejonie przebiegałby bardziej sprawnie i bardziej uczciwie. Na pewno też nie idealnie – bo sowiecka okupacja wyryła w świadomości wszystkich swój ślad – ale znacznie lepiej, bo to inne, wyższe  poczucie obywatelskiej odpowiedzialności za losy ludzi i państwa. I wyższy poziom kultury. Zresztą nie ma w innych rejonach Litwy alkoholika na stanowisku mera czy osoby bez wyższego  wykształcenia  z doświadczeniem lokalnej płaczki i śpiewaczki pogrzebowej. Jest to więc kolejny tragiczny okres w historii Ziemi Wileńskiej, okres wielkiej zmarnowanej szansy, która już się nigdy nie powtórzy.

Innym, co i raz nagłaśnianym tematem jest szkolnictwo, które jest swoistym unicum w skali świata (mimo że ludności polskiej w innych krajach jest znacznie więcej), gdzie w ponad stu szkołach, od początkowej do gimnazjum, 16 tys. uczniów uczy się wszystkich przedmiotów po polsku. Przy tym „koszyk” ucznia ze szkoły z polskim językiem nauczania jest o 20 proc. bogatszy niż w szkołach z litewskim językiem nauczania w innych rejonach! Szkoły są na całkowitym utrzymaniu państwa. W rejonie wileńskim i solecznickim prawie 500 dzieci uczy się w klasach, gdzie na jednego nauczyciela przypada zaledwie  2,9 ucznia. Są to szkoły samorządowe, więc samorządy rejonowe mogą i powinny łożyć na ich działalność z nadwyżek budżetowych,  które w minionych latach dobrej koniunktury, były niekiedy znaczne. Niestety, nadwyżki szły raczej na cele propagandowe wobec kolejnych wyborów. Mówienie więc o krzywdzeniu szkół z polskim językiem nauczania „przez Litwinów” jest wyjątkowo nieuczciwe i perfidne. Tym niemniej, są one raczej skazane, jeżeli nie nastąpią w najbliższym czasie zmiany w kierunku demokratyzacji ich życia, optymizacji sieci, dostosowania programów z myślą, że ich wychowankowie będą żyć i pracować na Litwie i konkurować wszechstronną wiedzą ze wszystkich przedmiotów, również z języka litewskiego, historii i kultury ze swoimi litewskimi rówieśnikami. I przede wszystkim nie mogą być wykorzystywane do walk politycznych i wspierania prowokacyjnych poczynań. Nie widać jak na razie chęci ze strony władz  zamykania szkół z polskim językiem nauczania. Wyczuwa  się natomiast od dawna przeciągające się oczekiwanie, iż szkoły z polskim językiem nauczania zaczną same promować Litwę po polsku, bronić jej dobrego imienia przy różnorakich kontaktach, formując  niezakłamaną, życzliwą opinię i postawę wobec wypadów tomaszewskich, kalinowskich, czarneckich, wojciechowskich i im podobnych,  Jest to wielka szansa, tym bardziej łatwa i przyjemna do spełnienia , ponieważ  wynika z obowiązku bycia obywatelem,a która widocznie również nie zostanie wykorzystana. Po prostu obsiadła ją  jadąca okrakiem na szkołach awepelowska hałastra i  jej  postsowiecko – kołchozowa nomenklatura im na to nie pozwoli, mimo że istnienie polskich szkół nie jest  ich zasługą, bo do niedawna swoje  dzieci kierowali głównie do szkół z rosyjskim językiem nauczania. A wśród nauczycielstwa, będącego inteligencją głównie w pierwszym pokoleniu, jak widać brakuje ludzi, którzy odważyliby się podać publicznie głos o potrzebie zmian.

I jeszcze jeden charakterystyczny sztrych. Od kilku lat każdy pracujący obywatel Litwy ma prawo 2 proc. swoich podatków przekazać dla instytucji dobroczynnych, również dla szkół, przedszkoli, parafii itp. Za wyjątkiem rejonu wileńskiego, gdzie nakazowo nauczyciele szkół, wychowawczynie przedszkoli, rodzice uczniów, ich dziadkowie itd. itp. są zobowiązani przekazywać te środki na konto Związku Polaków rejonu wileńskiego. A jemu przewodzi … lider Akcji Wyborczej, dziś europarlamentarzysta wraz ze swoim wujkiem  z Łukiszek. A ten system ugruntowywał Jarosław Narkiewicz, będący kierownikiem wydziału oświaty, a prywatnie – szwagier lidera Akcji Wyborczej. I tak co roku ponad 300 tys. Lt nie trafia  do polskich szkół i przedszkoli, bo pazerność i chęć dzielenia nie swego jak widać nie zna granic. Za te pieniądze  szkoły mogłyby nabyć setki komputerów, inny potrzebny sprzęt, wykorzystać je na lokalne szkolne inicjatywy, usprawniające proces dydaktyczny, przy okazji budować wspólnotę przyszkolną.  Jednocześnie na cały świat rozlega się alarmujący krzyk o krzywdach, o Litwinach, którzy rzekomo gnębią szkoły i zabierają ze szkół niemalże ostatni grosz…

Ten przykład jest też nie tylko dowodem perfidii, ale też całkowitego zniewolenia szkół z polskim językiem nauczania, braku wśród zastraszonego nauczycielstwa poczucia godności własnej i obywatelskich postaw. Nie znajdziesz przecież na Litwie ( w Europie widocznie tym bardziej) ani jednego dyrektora szkoły, który by nakazywał  nauczycielom, rodzicom i dziadkom przekazywanie środków dla zorganizowanych grup, występujących pod szyldami legalnych organizacji, a nie dla własnej szkoły. Powyższe fakty  świadczą również o niezwykłe głębokiej wewnętrznej okupacji środowiska, dokonanej przez zorganizowaną grupę, pod płaszczykiem rzekomego patriotyzmu i haseł narodowych, do której najbardziej pasuje określenie użyte przez Józefa Mackiewicza, a dotyczące komunizmu – psychicznej zarazy.

Podobne prowokacje mają miejsce  z nazwami ulic w rejonach wileńskim i solecznickim. Trzeba bowiem mieć na uwadze, że prawo do nadawania nazw ulicom należy do wyłącznej kompetencji samorządów. I przez wszystkie te lata samorządy wileński i solecznicki opanowane przez Akcję Wyborczą nadawały nazwy ulicom w języku litewskim. I w żadnym innym. Natomiast od kilku lat co i raz, zazwyczaj w przeddzień kolejnych wyborów, starosta tej czy innej gminy, wyznaczany przez samorząd, „buntem Żeligowskiego” dodatkowo wywieszał nazwę po polsku czy rosyjsku na kilku najbardziej widocznych z ulicy domach. I nigdy i nigdzie nie było to poparte inicjatywą mieszkańców. Lud, który rzekomo tego się domaga – z postsowieckich gadzinówek dowiadywał się o prowokacjach, dokonywanych w jego imieniu. I schemat działa do dziś. Zresztą, znaczną część aktualnych  mieszkańców tych rejonów stanowi ludność, która napłynęła z Białorusi, Rosji i innych byłych republik sowieckich na miejsce tych, co to w latach 1944 – 1956 wyemigrowali do Polski, i dlatego język polski i kultura są im obce i polskie nazwy wcale nie wynikają z ich wewnętrznej potrzeby kulturalnej. Zresztą ta, co nie wyemigrowała, też w znacznym stopniu została zrusyfikowana. Fakt autentyczny – sąsiad mówi, że głosował na Akcję, bo Litwini nie dają pisać nazwy ulic po polsku, a na własnej skrzynce pocztowej, wywieszonej przy ulicy na płocie swoje imię i nazwisko pisze cyrylicą – bo tak łatwiej, z przyzwyczajenia w kołchozie.

Lustrzanym odbiciem tej sytuacji jest skład władz samorządowych w rejonie wileńskim, gdzie dominuje element przybyły do rejonu z bliżej nieznanych terenów. Jest arogancki, bez wykształcenia, brakuje mu elementarnej kultury, znajomości  języka litewskiego i polskiego, lokalnej historii i zwyczaju – ale za to niezwykle wierny wodzowi i partii. Niejednokrotnie słyszy się, że w samorządzie rejonu wileńskiego (gdzie rządzą rzekomo Polacy), „żeby chociaż cokolwiek załatwić nie wiadomo na które kolano trzeba przed urzędnikami klękać”.

Zresztą poprzez stronę  internetową o kierownikach  samorządu, w odróżnieniu od innych samorządów Litwy,  można w najlepszym przypadku dowiedzieć jak się nazywają – wszystko pozostałe jest objęte, jak widać, ścisłą tajemnicą. Dla ludu głosującego wystarczy szeptanej informacji, iż są to na pewno „Palaki”, bo należą do Akcji Wyborczej. 

Wszystko wyżej wymieniane, i nie tylko, zazwyczaj podawane jest na świat jako notoryczne łamanie praw człowieka i polskiej mniejszości narodowej, co przyjmowane jest na wiarę.  Nikt natomiast nie zadał sobie  pytania – kto te prawa obywatela i człowieka w rejonach wileńskim i solecznickim może łamać, jeżeli tam absolutną i pełną władzę od ponad 15 lat sprawują działacze Akcji, czyli tzw. Polacy? I dlaczego  w tych dwóch rejonach  na praktyce nie istnieje swoboda zrzeszania się, swoboda wyboru, prawo do pełnej informacji i godnego życia? W jakim jeszcze rejonie ci, co rządzili w czasach sowieckich pięścią w zęby i ruskim matem, dziś są przewodnikami demokracji i polskości? Gdzie jeszcze – powtórzę się – merem może być alkoholik bądź pogrzebowa niewykształcona śpiewaczka? Gdzie jeszcze w XXI wieku jak nie w rejonie wileńskim można usłyszeć, że „Pan może do mnie wstąpić, ale tylko jak się ściemni, bo, wie Pan, wnuk uczy się w polskiej szkole, a syn był bez pracy, a teraz starosta pozwolił przez  kilka miesięcy posprzątać na cmentarzu. A jak zobaczą Pana –  wie, doniosą i nasza rodzina będzie  miała  kłopoty…“

Przed kilku laty śp. białoruski działacz na Litwie Juri Gil przeszedł w rejonie wileńskim  gehennę, aby móc upamiętnić w gminie rukojńskiej miejsce urodzenia Franciszka Bohuszewicza – klasyka literatury białoruskiej; dziś docierają wieści o utrudnianiu działalności litewskiego przedszkola we wsi Poškai w rejonie solecznickim, gdzie Litwini stanowią mniejszość. Jak więc można nie szanując praw innych współobywateli, jednocześnie na cały świat mówić o krzywdach i problemach własnych? Tym bardziej, że krzyczą ci, co to”żrą i piją po pełnej mordzie”, a ludzi trzymają w biedzie, niewiedzy, stanie niedorozwoju i skrajnego zaniedbania miejsc ich zamieszkania, który urąga godności ludzkiej, dosłownie gnoją, stanowiąc przykład szczególnie wyrafinowanej metody naruszania praw człowieka i obywatela.

Kim są ci ludzie, co zgotowali taki tragiczny los ludności polskiej na Ziemi Wileńskiej? Informacji o sobie nie zamieszczają, spotkań z ludźmi nie mają, więc nie ma sposobu zadać publicznie pytanie i uzyskać jakąkolwiek informację. Z informacji płodzonej przez postsowieckie gadzinówki i szeptanej propagandy wynika, iż są to „Palaki”, a jedynym ich dowodem polskości niekiedy jest tylko przynależność do partii. Nawet w życiorysie lidera są niewyjaśnione przerwy i niedomówienia. Nie mówiąc o zapleczu Akcji – tzw. Związku Polaków na Litwie, którego tzw. „prezydent” Michał Mackiewicz jest byłym ortodoksyjnym sekretarzem organizacji partyjnej „Czerwonego Sztandaru” i bodajże jedynym na Wschodzie wychowankiem Moskiewskiej Akademii Politycznej przy KC komunistycznej partii Związku Sowieckiego. Jego zastępca Stanisław Pieszko – założyciel rosyjskiej i prosowieckiej organizacji „Jedinstwo”. Podobne przykłady można mnożyć. Drobnym, ale wymownym  szczegółem jest propagowana obecność we wszystkich niemal konfliktach wiekowej, najwyraźniej pochodzącej  spoza Litwy, osoby występującej po stronie Akcji o imieniu Ninel – w donosie przy rozbijaniu Związku, przy napadach na Szkołę im. Syrokomli, dyrektor której odmówił współpracy z Akcją Wyborczą, jako głównej ”obrończyni” obrazu Miłosierdzia Bożego w kościele Ducha św. itp. itp.  Dla nie rozeznanych warto wyjaśnić, iż takie imię nadawali w sowieckiej Rosji bolszewiccy aktywiści swoim córkom po śmierci Lenina, a które jest odczytywane jako Lenin na opak…wiecznie żywy.

Ugruntowaniu tego systemu służą też postsowieckie pisma, wydawane na Litwie oraz „Radio znad Wilii”, gloryfikujące działaczy Akcji i ich szkodliwe poczynania. Wszystko to razem wzięte, opierając się na  środki i poparcie z Polski, tworzy swoisty system terroryzmu informacyjnego, kiedy to dla zwarcie zamieszkałej, niewykształconej, nie znającej innych języków społeczności kieruje się ogromny potok jednostronnej informacji, co w warunkach UE jest jednoznacznym przykładem łamania praw człowieka i obywatela. Obraz dopełniają korespondenci TV „Polonia” Edyta Maksymowicz i Walenty Wojniło, których nieżyczliwe Litwie korespondencje docierają nie tylko do litewskich Polaków, ale również na cały świat, a którzy stanowią typowy przykład awepelowskiej dwulicowości i sprzedajności. Stykając się  w swoim czasie z działaczami polonijnymi, prowadzącymi środki masowego przekazu w różnych krajach świata, nigdy się nie spotkało przypadku, aby z taką niechęcią, wręcz nienawiścią,  mówili oni na świat o swojej ojczyźnie, kraju swego obywatelstwa.

Wiarygodności i nieustającego poparcia tej zorganizowanej grupie dodaje Ambasada RP, kierowana również przez wychowanka Moskiewskiego Instytutu sowieckiej dyplomacji  J. Skolimowskiego, który jest „duszeńką” wszystkich prowokacyjnych pochodów i poczynań. Dziwić się tylko należy, iż w tej sytuacji jedynie jeden uczeń napisał na gmachu ambasady „Won z Litwy”. Świadczy to najwyraźniej o zbyt daleko posuniętej tolerancji społeczeństwa Litwy.

Zresztą niedawno opublikowany „Raport o sytuacji Polonii i Polaków”, zawierający niemal dosłownie jednakowe opinie ambasady i tzw. Związku Polaków jeszcze raz dowodzi o ścisłej współpracy w.w. wychowanków Moskwy i raczej potwierdza opinię, iż czerwona nić ciągnie z Moskwy do Wilna poprzez Warszawę. Treść Raportu, będąca poniżej wszelkiej krytyki i dyskusji,  również  najwyraźniej służy sąsiadowi ze Wschodu, bowiem Litwie zarzuca się nawet politykę integracji Polaków litewskich ze społeczeństwem Litwy(!?). Chciałoby się więc zapytać ambasadora i tzw. „prezydenta” – gdzie jeszcze na globie ziemskim jest państwo, które nie dąży do integracji społeczeństwa, do ukierunkowania wszystkich obywateli do wspólnych działań, do wspólnej pracy dla wspólnego dobra?

A jeżeli nie integracja – to co w zamian? Izolacja i samoizolacja? I oczywiście dalsza manipulacja, trzymanie w zakłamaniu, niewiedzy, biedzie i nędzy oraz pobudzanie na tej podstawie nienawiści i ukierunkowywanie jej przeciw Litwie i Litwinom? Metody znane z czasów sowieckich i udokumentowane, tylko nie przystające do naszych czasów – ambasadorze i tzw. „prezydencie”!

***

Podobny liczbowo do litewskich Polaków stan mają litewscy Rosjanie. Nieliczne akcje, zorganizowane rzekomo w ich imieniu przez prosowieckie „Jedinstwo” ustały na początku lat dziewięćdziesiątych. Dziś wielu Rosjan można dostrzec na znaczących stanowiskach w biznesie, kulturze, polityce. I bardzo wielu na stanowiskach „średniej klasy” – w bankach, przy kasach, w różnego rodzaju przedsiębiorczości, zapewniających trwałe zatrudnienie i godne dochody.  Trudno powiedzieć, co oni myślą i mówią na osobności – ale publicznie, szczególnie średnie i młodsze pokolenie, demonstrują raczej obywatelską postawę. Rosyjskie audycje w litewskim radiu i telewizji, w odróżnieniu od polskich, nie noszą znamion dwuznaczności i tendencyjności, i są propaństwowe. W rosyjskich szkołach zwiększono liczbę przedmiotów nauczanych w języku litewskim, co świadczy, iż zamierzają oni swoje losy łączyć z Litwą. Analogicznie postępują Żydzi wileńscy. W tej sytuacji na Litwie odbywa się cały szereg imprez kulturalnych, występów artystów i teatrów z Rosji – sale są wypełnione po brzegi  nie tylko przez Rosjan, ale również przez rodowitych Litwinów. I mimo że zagrożenie dla Litwy stanowi przede wszystkim Rosja, a nie Polska – prowokacyjne poczynania działaczy Akcji, ambasady i polactwa z Polski robią swoje, i będą skutkować niechęcią na poziomie społecznym do wszystkiego, co polskie. Z ręką na sercu – nic tu nie można zarzucić Litwinom – a jeżeli jest jakieś ostrzejsze słowo –  jest to naturalna ludzka reakcja na prowokacje, naturalny odruch obronny.

Inna rzecz, że w całej tej niełatwej do połapania się gmatwaninie odnosi się wrażenie (może mylne?), że materiał ludzki litewskich Rosjan jest chroniony i wzmacniany.  Polacy natomiast, poprzez zachowane struktury na Litwie i w Polsce są osłabiani i „spalani” prowokowaniem sztucznych konfliktów i walk.

***

Niedawno w Wilnie odbyła się międzynarodowa konferencja naukowa, poświecona Unii Lubelskiej. Już  w tamte odległe czasy u nikogo nie budziło najmniejszej wątpliwości, że każda osoba mieszkająca na terytorium Wielkiego Księstwa Litewskiego, niezależnie od używanego języka,  jest Litwinem, a w Królestwie Polskim – Polakiem. I tak było u nas aż do XX wieku. Również Adam Mickiewicz uważał siebie za Litwina, mimo że pisał po polsku. Dziś ta zasada obowiązuje w całym cywilizowanym świecie – Meksykanin, Polak, Murzyn – obywatele USA, są Amerykanami,  Murzyn obywatel Francji, jest Francuzem, Hindus z Indii, obywatel i mieszkaniec Anglii jest Anglikiem, co nie przeszkadza im kultywować własne tradycje i obyczaje. Również mowę.  Zresztą doskonale to rozumieją ci Polacy z Litwy, którym wypadło żyć i pracować w krajach  UE, i którzy już dziś uważają siebie za polskojęzycznych Litwinów, uznając prymat obywatelstwa nad narodowością. I jest to jedyna droga dla wszystkich Polaków na Litwie, aby postawą i imieniem wydzielić się z tłumu polactwa, prowokatorów i agentów, żyjących kosztem pobudzania nienawiści i napięć na tle narodowościowym. Trzeba też pamiętać, iż tylko tu na Litwie mamy historyczne prawo do własnej podmiotowości, do kultywowania własnej kultury i tradycji. I nikt nigdzie na świecie na nas nie czeka, i nikt nie uszanuje naszej swoistości. Tylko na Litwie, jako jej obywateli i historycznych mieszkańców.

***

Wielu  może nam zarzucić, iż w przełomowym okresie zachowaliśmy się błędnie, powstrzymując się przy głosowaniu za niepodległość Litwy. I będzie miało rację. Tylko czy w błędzie powinniśmy trwać na upartego zawsze, czy też zrozumieć błąd i zmienić postawę?

Po drugie – trzeba pamiętać, iż na przeciągu kilku lat przed rokiem 1990, ludność polska poprzez „Czerwony Sztandar”, sowieckie służby, kołchozową nomenklaturę  była intensywnie pobudzana do konfrontacji i walki ze wszystkim, co litewskie, a która stanowiła nasz elektorat. Całkowite zerwanie z nią kontaktu oznaczałoby przekazanie przywództwa nad ludnością dla elementu skrajnie antylitewskiego i prosowieckiego, i że jesienią tegoż roku w Ejszyszkach raczej zapadłyby decyzje na wzór Abchazji i Osetii. Inaczej też przebiegałoby prosowieckie referendum w lutym roku 1991.

Społeczeństwo Litwy wtedy było silne i niezwykle zwarte, nasze więc powstrzymanie się nie przyniosło, na szczęście, znacznej szkody. Zaszkodziliśmy tylko sobie.

Dziś, kiedy rozbudzone oczekiwania po ogłoszeniu niepodległości nie w pełni się spełniły, kiedy tzw. elity polityczne, złożone głównie z postsowieckich ludzi z ich mentalnością, pazernością i głębokim zapatrzeniem w siebie nie tylko nie demonstrują w wielu wypadkach troski o interes narodowy, a raczej działają na jego szkodę, kiedy coraz bardziej podnosi głowę tzw. klan państwowców, działający i współrządzący poza prawem i Konstytucją, na co dodatkowo się nakłada kryzys gospodarczy – społeczeństwo Litwy czuje się zdezorientowane, zmęczone i osłabione. I właśnie dlatego dziś powinniśmy być razem z całym społeczeństwem Litwy, z tymi, co pragną budować obywatelskie demokratyczne państwo prawa, nie ulegając tanim nacjonalizmom,   bronić Litwę przed wypadami prowokacji.

Jeżeli przedstawiciel polactwa w Europarlamencie J. Wojciechowski twierdzi, że będzie atakować Litwę politycznie na wszelkich możliwych forach międzynarodowych, a inny, R. Czarnecki ubliża, że tylko ludożercy zachowują się gorzej niż litewscy politycy – to obraża każdego z nas. I litewski Polak, i Litwin powinien ich uważać za element wrogi i temu się przeciwstawić. Bo z szelmowania Litwy wynikają prozaiczne,  wyraźnie niekorzystne konsekwencje dla wszystkich  nas – mniej kontaktów ze światem, mniej kultury, mniej inwestycji, mniej miejsc pracy, mniej szacunku wobec każdego jej obywatela.

***

Niestety, do zrozumienia całości problemu brakuje ważnego elementu – stosunku oficjalnych władz Litwy wobec prowokacji, pobudzania napięć, wobec szelmowania Litwy,  powodu  finansowania środków masowego przekazu na Litwie z budżetów Litwy i Polski, uprawiających wobec obywateli Litwy swoisty terror informacyjny, przyczyn zatwierdzania wyników wyborów w regionie wileńskim mimo masowego łamania prawa i Konstytucji. Dziwi też brak reakcji premiera i pozostawienie przedstawiciela Akcji w instytucji, zajmującej się budową tzw. mostu energetycznego między Litwą i Polską wobec pogróżek lidera Akcji, iż poprzez osobiste kontakty będzie ten proces utrudniał.

Mówienie o tym, że poprzez popieranie działań Akcji Wyborczej, W. Tomaszewskiego i jego otoczenia, chce się do końca skompromitować wszystkich Polaków litewskich – jest raczej mało wiarygodne, bo są to obywatele Litwy. Co prawda póki będzie istniała Akcja Wyborcza, faktem jest, że litewscy Polacy nie będą mieli szans na robienie żadnej kariery na Litwie.

Inna rzecz, kiedy się coraz częściej i głośniej  mówi i pisze o tzw. klanie państwowców – nieformalnym zjednoczeniu się postsowieckich elementów, będących na usługach innego państwa,w celu   uczynienia z Litwy szarej strefy przejściowej o rozmytej władzy – to działania Akcji doskonale wpisują się w ten domniemany schemat. Każdy konflikt, zamęt, prowokacja – doskonale temu służą.

Zastanawiające jest również stałe i nasilające się poparcie dla lidera Akcji ze strony Cz. Okińczyca, właściciela „Radia znad Wilii”, będącego jednocześnie doradcą premiera Litwy.

Jak odnotował „Tygodnik Wileńszczyzny” – Czesław Okińczyc, doradca premiera Litwy Andriusa Kubiliusa, przekonywał, że jest niezmiernie szczęśliwy, bo AWPL osiągnęła najwięcej co mogła. – Jest to partia integrująca, partia obywatelska, a jej wyborcy są najbardziej aktywnymi wyborcami w kraju – wyliczał Sygnatariusz Aktu Niepodległości. Jego zdaniem to, że Polacy mówią jednym głosem jest największą zasługą i osiągnięciem AWPL i osobiście jej przewodniczącego.

Ostatnio w „Valstiečių laikraštis” Cz. Okińczyc nawet posunął się do stwierdzenia, że ten kto nie popiera Akcji Wyborczej – nie ma nawet prawa publicznie zabierać głosu.

Z czym więc mamy do czynienia – z buntem wobec premiera, czy z „buntem Żeligowskiego” na wskazanie premiera?

Zaczynając powyższą obszerną publikację od przeglądu książki Rafała A. Ziemkiewicza „Polactwo”, kończmy ją urywkiem z jego najświeższej publikacji, która jak najbardziej może być wskazaniem  dla naszych przyszłościowych poczynań: –  żeby być zawsze po stronie tych, którzy są krzywdzeni i przeciwko tym, którzy krzywdzą; po stronie zablokowanych w realizowaniu zdolności i aspiracji, przeciwko tym, którzy ich gnoją(…). Po to więc, aby tę władzę sitw i środowiskowych gangów, koterii czy to mafijnych, czy gerontokratycznych, powiązań wszelkiego rodzaju demaskować, atakować, zwalczać dostępnymi sobie sposobami. A co najmniej − nigdy się im nie dać kupić, nigdy nie szukać sukcesu w akceptowaniu i usprawiedliwianiu draństwa za cenę dopuszczenia do rozmaitych reglamentowanych korzyści.

Ryszard Maciejkianiec

Początek strony
JSN Boot template designed by JoomlaShine.com