…Społeczeństwo dojrzałego narodu winno być jak rozwarty szeroko wachlarz. Niewątpliwie tak. Dodałbym od siebie, że im więcej ponad 180 stopni rozwarcia tego wachlarza, tym więcej świadczy o dojrzałości, dynamice, a więc i bogactwie myśli społeczeństwa. Podczas gdy zwinięty w mocnej garści robi wrażenie raczej krótkiej pałki.  Józef Mackiewicz. Kompleks niemiecki. Kultura, 1956

Polactwo (1) Drukuj
Autor: Ryszard Maciejkianiec   
Niedziela, 26 września 2010

Zimą b.r. na międzynarodowej wystawie książki w Wilnie Polska była przedstawiona nadzwyczaj skromnie. Dwa stoiska – Instytutu Polskiego i Ars Polonii wyglądały blado w morzu litewskich przede wszystkim – ale też rosyjskich i białoruskich książek. Na obu stoiskach na czołowym miejscu było wystawione „Polactwo” Rafała A. Ziemkiewicza[1]. Jest to studium o wybitnie negatywnym stanie współczesnego społeczeństwa Polski, które, zdaniem autora, ukształtowało się w wyniku, przede wszystkim prawie półwiekowego funkcjonowania  w „obozie socjalistycznym” jak też historycznych uwarunkowań, nie przyjmowania do wiadomości faktów i życia w świecie mitów i stereotypów.  Główny akcent autor wydania kładzie  na tych, co są  na dole drabiny społecznej. Zresztą umorusana ziemią ręka z brudem pod paznokciami, ściskająca biało-czerwony sztandar na okładce wydania,  dowodzi o kogo tu przede wszystkim chodzi. Ale autor też pisze o współczesnych politykach, o inteligencji, szczególnie o tej – pół i ćwierć, zahacza również o klasyka literatury polskiej  Adama Mickiewicza, który, zdaniem autora, jako mitoman, opowiadacz bajek i „genialnie rymujący wariat, który napisanymi w sekciarskim omamie „Księgami narodu polskiego” na wiele pokoleń ogłupił polskie elity i pozbawił je umiejętności logicznego myślenia”. I że  „(…) cała nasza historia w pigułce – odgrażamy się buńczucznie, że nie oddamy ani guzika, i zaraz potem zostajemy w ogóle bez gaci.”
Autor odnotowuje niezwykłe zaszarganie symboli i haseł, do których się polactwo odwołuje prawie wyłącznie karykaturalnie – pokazowo, byle by wyrwać od społeczeństwa głosy „ potrzebne do wetknięcia zadka w sejmowy fotel”.

Autor dochodzi do wniosku, iż „nie dziwmy się, ale też i nie unikajmy stwierdzenia faktu, że po półwieczu buntowania przez komunistów chama, judzenia tego chama, schlebiania mu, głaskania go i hodowania na wszelkie sposoby, Polska jest krajem zalanym chamstwem w stopniu w krajach cywilizowanych nieznanym, a myśmy wszyscy schamieli w sposób wręcz niewiarygodny”.

Widocznie trzeba się zgodzić z autorem co do charakterystyk, mając jednak zastrzeżenie, że to nie ten, co ma ręce ubrudzone ziemią nadaje ton społecznemu życiu, ale ci, co są u władzy – politycznej, finansowej, medialnej. Ludzie się zmieniają wystarczająco szybko – byle ich ustawicznie prowadzić we właściwym kierunku, ku dobrej spawie,  ku dobrym uczynkom, które należy odpowiednio oceniać i promować. Ale w  Polsce rządzonej, zdaniem autora, przez polactwo – „półinteligentów, chamów, durniów i mętów”, dla których państwo jest „tylko dojną krową, którą każdy chce klepać po cyckach; i nikogo nie obchodzi, że krowa w końcu może paść” – jak widać misji  budowania odpowiedzialnego obywatelskiego społeczeństwa, nie ma się komu podjąć.

 Na pewno  wielu cech charakterystycznych dla polactwa, nabytych w okresie pobytu w „obozie socjalistycznym”, można doszukać się i w innych postkomunistycznych społeczeństwach. Tylko że taką skalą  schamienia (nie mylić z prostactwem) rzeczywiście nie może się „poszczycić” żaden inny sąsiedni naród – ani Czesi, ani Słowacy, ani Niemcy, ani też Litwini. Prowokowanie niechęci i negatywnych reakcji wobec siebie, aby się następnie oburzać, zbierać podpisy czy organizować akcje protestu, stosując diametralnie różne oceny zachowań wobec siebie i innych społeczeństw – to specyfika wybitnie polactwa z Polski.  Na ten stan rzeczy widocznie miało wyjątkowo negatywny wpływ wyhamowanie i faktyczne zrezygnowanie z lustracji, wagę której dla przemian i budowania zdrowych obywatelskich społeczeństw szczególnie docenili Niemcy, Węgrzy i Czesi. I dlatego dziś niezwykle trudno jest odróżnić, kiedy mamy do czynienia z okazem zdemoralizowanego władzą polactwa, a kiedy po prostu z nie zlustrowanym prowokatorem i agentem polskiej filii sowieckiego KGB.

Budujące jest jednak to, co  rzuca się w oczy również patrząc z Wilna – będące „na górze” polskie polactwo coraz trudniej znajduje sobie miejsce w nowej rzeczywistości. A ponieważ  na zmianę myślenia i działania go nie stać, próbuje więc budować tani i fałszywy autorytet strojąc się w szaty „polskich patriotów”, „obrońców Polaków na byłych kresach” itp., faktycznie myśląc  jedynie o swoim zadku na kolejną kadencję.  I o niczym więcej. O arogancji i chamstwie Jarosława Kalinowskiego z PSL, który wraz z senator Marią Pańczyk-Poździej oraz ambasadorem urządzał w maju w Wilnie prowokacyjne pochody – pisaliśmy w publikacji „Zwycięstwo prowokacji”. A że tak pozwala sobie polactwo z Polski  poza Polską jedynie w Wilnie – winni są również politycy rządzący Litwą , słabo jak widać, znający mentalność polactwa, z którym trzeba najwyraźniej postępować zgodnie ze starym polskim przysłowiem: „Pogłaszcz chama, to cię kopnie, kopnij chama, to cię pogłaszcze”. Bowiem polactwo jest tchórzliwe i na obrzydliwości, jak wiadomo, może pozwolić tylko wobec słabszych albo wobec tych, którym takt i wychowanie nie pozwala powiedzieć o nim  tego, na co tak naprawdę zasługuje. Nie pojedzie przecież J. Kalinowski z Marią Pańczyk-Poździej np. na Ukrainę do Lwowa czy na Białoruś do Grodna, aby z tamtymi ambasadorami urządzać prowokacyjne demonstracje. Wie bowiem, że będzie stamtąd wyrzucony na zbity pysk i wyląduje w swojej chlewni, w miejscu najbardziej dla niego właściwym, kończąc tym samym raz na zawsze swoje  prostackie politykierstwo.

Ostatnio oszczerczy ton wobec Litwy coraz częściej rozlega się również z Europarlamentu, gdzie zdemoralizowane i rozwydrzone ogromnymi zarobkami, bezczynnością i brakiem poczucia odpowiedzialności za całość Unii Europejskiej polactwo,  najwyraźniej nie znajduje sobie zajęcia albo też ciążą na niej agenturalne nie zlustrowane uzależnienia z minionej epoki. Zresztą ostatnie pogróżki J. Wojciechowskiego, byłego PSL-owca, a obecnie PiS-owca, iż będzie atakował Litwę przy każdej nadarzającej się okazji świadczą, że mamy do czynienia z kolejnym doświadczonym prowokatorem, umiejętnie pobudzającym uczucie nienawiści między ludźmi, co  świadczy o jego niskiej typowo polackiej kulturze i nieznajomości historii.

Przed kilku dniami internauci mogli odnotować w Internecie ocenę, jaką polackim elitom i ich współczesnemu dorobkowi wystawiła na swym zjeździe Partia Kobiet: „(…) Trzy lata temu wspólnie napisałyśmy, że Polska jest kobietą. Po trzech latach mam inne zdanie. Polska nie jest kobietą, Polska tak naprawdę to zapijaczony, nieudolny facet z depresją” – zaznaczyła na zjeździe przewodnicząca tego politycznego ugrupowania. Ich zdaniem „jeżeli w Polsce nie zmieni się mentalność, jeżeli tego nie zmienimy, to będziemy cały czas gdzieś pod progiem procentowym i poza nawiasem normalności”.

Czy nie jest to czasem pole dla działania dla Kalinowskich, Poździejowych, Wojciechowskich i im podobnego polactwa  tam, gdzie zostali wybrani -  zamiast organizować prowokacje i występować z pogróżkami  wobec naszej Ojczyzny, Litwy?

Niedawno wypadło rozmawiać z będącą na urlopie w Wilnie wileńską Polką, która już od kilku lat mieszka i pracuje w niedużym miasteczku w Szkocji,  gdzie znacznym wysiłkiem założyła i z powodzeniem prowadzi własny skromny zakład usługowy i jest szanowana w lokalnym środowisku. Na pytanie zadawane po przyjeździe przed laty do Szkocji, kim jest i skąd pochodzi – odpowiadała, iż jest Polką z Litwy. Ale kiedy przed paru laty dotarły tam grupy Polaków z Polski, którzy zachowują się niezwykle arogancko i głośno w miejscach publicznych, ignorując gospodarzy terenu, Szkotów i ich obyczaje, prowokując niechętny stosunek do siebie, również poprzez ustawianie nieczytelnych dla miejscowej ludności polskich nadpisów i wywieszek – dziś każdemu  i wszem odpowiada, iż jest Litwinką, obywatelką Litwy, aby czasem nie była odbierana jako należąca do tej hałastry, która jest gnana za chlebem z kraju, gdzie rządzi polactwo. Z informacji wynika, iż podobnie zachowują się Polacy z Polski i w innych krajach. Na ich usprawiedliwienie warto uczciwie odnotować, iż jedynie najwyraźniej naśladują wzory zachowania się „elitarnego polactwa”- Kalinowskich, Poździejowych, Wojciechowskich -  polityków sprawujących władzę i reprezentujących Polskę.  A w ocenie  autora „Polactwa” – „półinteligentów, chamów, durniów i mętów”.

I te chore naśladownictwo zachowań „elitarnego polactwa” nabiera dziś coraz szerszego zakresu i będzie wymagało również od Litwinów i litewskich Polaków, znacznych wysiłków w obronie ich dobrego   imienia oraz Litwy i odpierania prowokacyjnych poczynań, skierowanych na rozmywanie i osłabianie państwowości i obywatelskich postaw, aby Litwa stała się tzw. „szarą strefą”, dogodnym terenem działania dla polactwa i przestępczych układów,  uniemożliwiających bezpieczne i godne życie dla obywateli, uczciwie spełniających swój obowiązek.

Niedawno w „Kurierze Wileńskim” ( ideowy i kadrowy spadkobierca „Czerwonego Sztandaru”), który  szanujący siebie człowiek przegląda w Internecie tylko z musu i z największym obrzydzeniem, ukazała się informacja o tym, że w Wilnie rzekomo zaczął działalność niejaki „Społeczny Komitet Upamiętnienia Imienia Józefa Mackiewicza”. Przy tym „zaczął działalność” od napadów na episkopat Litwy, który jakoby nie wyraża zgody na ustawienie tablicy na gmachu, będącym jego własnością. Próbujemy więc wyjaśniać, o co tu tak naprawdę chodzi. Okazuje się, że przybyły z Polski osobnik poprzez „KW”-„CzSz” ogłosił siebie jednoosobowo „społecznym komitetem” i nie przestrzegając wymaganych procedur, związanych z upamiętnianiem wybitnych osób domaga się ustawienia tablicy o nieznanej treści, poświęconej Wilnianinowi Józefowi Mackiewiczowi. Uważa bowiem , że on już wszystko wie, jak powinni postępować Litwini, co mają robić a czego nie Polacy wileńscy, i że episkopat nie ma prawa na własne, inne niż jego zdanie, faktycznie najwyraźniej świadomie smrodząc i wyjątkowo szkodząc promocji imienia i dorobku Józefa Mackiewicza, którego wydawanie niezwykle ważnej dla współczesnych pokoleń twórczości jest, jak wiadomo,  wyhamowywane i dociera do litewskich i innych czytelników w Europie Środkowo – Wschodniej,  z najwyższym trudem.  Takie prowokacyjne działania przedstawiciela polactwa zbiegły się akurat z ukazaniem się na Litwie pierwszej wydanej w języku litewskim książki JM „Droga donikąd” i można się domyśleć, iż  poprzez prowokowanie  kolejnego konfliktu wokół tablicy chcą przekonać litewskie społeczeństwo o tym , iż Józef Mackiewicz – antykomunista i największy pisarz powojennej Europy,  jest rzekomo jednym z przedstawicieli polactwa, które tu  ma już ugruntowaną „według zasług” ocenę. A że o dobre imię antykomunisty Józefa Mackiewicza „dba się” właśnie poprzez zespół „Kuriera Wileńskiego” – „Czerwonego Sztandaru”, kurczowo trzymającego się swojej komunistycznej przeszłości i „dorobku”, będącego w swoim czasie organem partii i na pewno ośrodkiem zbierania informacji o ludności polskiej na Litwie i w innych sowieckich republikach na potrzeby KGB – tylko utwierdza w takim przekonaniu. Przy okazji oczywiście szarga się imię Litwy i litewskich Polaków, którzy, na skutek wielu prowokacji, są utożsamiani z polactwem z Polski.

Tym niemniej działalność polactwa z Polski  nie byłaby na Litwie możliwa, albo co najmniej była utrudniona, gdyby nie utworzono sobie na naszym terenie  odpowiednika i jego dokarmiania oraz wspierania, jak też okupowanie ludności polskiej przez miejscowe polactwo. Jego skrajny prymitywizm, zakłamanie do szpiku kości, oparcie się na mętach, postsowieckich układach i postkołchozowej nomenklaturze najwyraźniej wskazuje, iż mamy u siebie na Litwie do czynienia  ze spotęgowanym polactwem – w kwadracie, a może nawet do potęgi trzeciej. Tym bardziej, że obiektem jej oddziaływania jest przede wszystkim absolutnie bezbronna, niewykształcona, wiekowa, znajdująca się na samym dole drabiny społecznej, ludność.

Motorem działania litewskiego polactwa są wzory ze wczesno – sowieckiego okresu – czyli  „rewolucyjność”, stałe napięcie, nieustający konflikt i szkalowanie Litwy, poprzez które stara się ono ukryć całkowity brak kompetencji, niespotykany poziom korupcji, nadużycia i łamanie prawa. Trzymając w takim nierealnym świecie i karmiąc społeczeństwo litewskich Polaków swoistą „morfiną”, polactwo jednoznacznie uniemożliwia jego postęp i rozwój, a dbając, na wzór polactwa z Polski, jedynie o swoje dobro, prowadzi do jego zguby.

Analogiczne zachowanie się odnotował już w roku 1931 Stanisław Mackiewicz (Cat)  odwiedzając  Związek Sowiecki, już wtedy dochodząc do wniosku, iż

„nie można przecież przypuścić, że długo może istnieć społeczeństwo karmione wyłącznie morfiną. (…) Ta rewolucyjność wprowadzana w życie codziennie jest przecież psychologicznie tym samym co morfina. A to zabija, a nie usposabia do życia”[2].

O tym w następnym odcinku.                                 

Ryszard Maciejkianiec

19 Listopad 2009 

P.S. Jeżeli ktoś poczuje się urażony innym niż zazwyczaj tonem naszej publikacji – proszę pamiętać, iż polactwo rozumie tylko taki język.

[1] Rafał A. Ziemkiewicz. Polactwo. Wydanie trzecie poprawione. 2008.

2 Stanisław Mackiewicz (Cat). Myśl w obcęgach. Studium nad psychologią  społeczeństwa sowietów. Wydanie szóste. W-wa, 1998.